Przedstawiciele ON piszą do GW w odpowiedzi na list prof. Jana Stanka

Home / Aktualności / Przedstawiciele ON piszą do GW w odpowiedzi na list prof. Jana Stanka

Przedstawiciele ON piszą do GW w odpowiedzi na list prof. Jana Stanka

Odpowiedź przedstawicieli Ruchu Społecznego Obywateli Nauki na list prof. Jana Stanka

 

 

Dyskusja, którą wywołał list prof. Jana Stanka, cieszy nas, jak chyba wszystkich, którym leży na sercu los polskiej nauki. Ponieważ temat mobilności naukowców pojawia się regularnie także w debatach toczących się w gronie Obywateli Nauki, chcielibyśmy zabrać głos w tej sprawie.

Zdajemy sobie sprawę, że przekaz medialny rządzi się swymi prawami, a celem prof. Stanka było nie tyle budowanie zniuansowanej diagnozy, co skłonienie czytelników do wyjścia poza utarte schematy myślenia o przyczynach trudności i słabości środowiska naukowego w Polsce. Zgadzamy się z prof. Stankiem, że mobilność uczonych przynosi wiele korzyści samym uczonym oraz nauce jako takiej, wpływa na podnoszenia jej poziomu i pozwala ograniczyć (niestety nie usunąć) zjawisko „chowu wsobnego”, o którym pisał prof. Stanek. Jest to zatem element życia naukowego warty wspierania. Chcemy jednak zwrócić uwagę, że sprawa jest złożona i trudno tu o proste rozwiązania.

Spróbujmy zatem uporządkować problemy, o których mowa:

1. Na początek zdefiniować należy pojęcie mobilności – przez mobilność rozumie się zmianę miejsca realizacji badań lub prowadzenia pracy dydaktycznej przez naukowców, dokonywaną wielokrotnie w ciągu kariery i w zasadzie na wszystkich jej etapach. Mobilność nie jest jednak wartością samą w sobie. Mobilność staje się wartością dla naukowca, jeśli oznacza zdobywanie przez niego nowych doświadczeń w nowym dla niego środowisku naukowym, uzyskanie lepszych warunków pracy naukowej (laboratoria, zasoby biblioteczne), uczestnictwo w różnych projektach naukowych i nowe inspiracje, nawiązanie kontaktów i intensyfikację wymiany wiedzy. Z punktu widzenia instytucji, mobilność jest wartością, jeśli oznacza napływ świeżej krwi, a więc i nowych idei, podnoszących jakość prowadzonych badań, poszerzenie oferty dydaktycznej, otwarcie na wymianę intelektualną ze światem zewnętrznym. A więc mobilność ma sens, jeśli obie strony odnoszą z niej korzyść, przekładającą się na wyniki naukowe czy dydaktyczne.

2. Spełnienie postulatu mobilności naukowej można osiągnąć na różne sposoby, przy zastosowaniu różnych mechanizmów. W wersji radykalnej można zadekretować, że każdy pracownik ma realizować kolejne etapy kariery w różnych ośrodkach. Tak dotychczas było Niemczech, gdzie z zasady nie zatrudnia się pracownika na uczelni, na której zrobił doktorat. Takie rozwiązanie wymaga jednak spełnienia szeregu dodatkowych warunków, do których odnosimy się niżej. W większości krajów mobilność wynika nie z rozwiązań prawnych, ale z utrwalonego obyczaju i nie jest zasadą stosowaną w sposób bezwzględny, lecz zgodnie z potrzebami poszczególnych instytucji naukowych. Skuteczne realizowanie zasady mobilności we wszystkich tych krajach jest możliwe dzięki powszechnej otwartości konkursów zatrudnieniowych na wszystkich szczeblach kariery naukowej (od asystenta do profesora) oraz zapewnieniu pracownikowi warunków finansowych i bytowych, które umożliwiają mu utrzymanie się w miejscu kolejnego zatrudnienia. Nade wszystko zmiana miejsca pracy powinna umożliwiać uzyskanie konkretnych korzyści zawodowych, określanych w jasny sposób w warunkach konkursu (rozwój naukowy, udział w realizacji projektów itd.). Aby przyciągnąć naukowców, ośrodek przyjmujący musi zatem dysponować instrumentami (także finansowymi) i zapleczem, zachęcającymi, by przybywali do niego najlepsi badacze z zewnątrz. Warto podkreślić, że warunki te muszą być odpowiednie zarówno w miejscach, do których naukowiec mógłby wyjechać, jak i tam, dokąd mógłby wrócić: mobilność staje się naturalnym elementem kariery naukowej dopiero wtedy, gdy naukowiec ma do wyboru szeroką gamę atrakcyjnych ofert, żeby zaplanować zarówno wyjazd, jak i powrót.

Co jeszcze wynika z powyższych punktów? Przede wszystkim postulat mobilności nie może być realizowany schematycznie, tak samo we wszystkich instytucjach naukowych i we wszystkich dziedzinach. Zalecenie odbycia stażu podoktorskiego w innym ośrodku niż macierzysty jest ze wszech miar słuszne, bez względu na dziedzinę badawczą, jednak w przypadku doświadczonych pracowników nauki decydować powinna efektywność, a nie zasada. Są liczne dyscypliny naukowe (być może nawet większość), w których częste zmiany miejsca pracy i tematu badań są jak najbardziej pożądane – chodzi zwłaszcza o dyscypliny techniczne, ścisłe i doświadczalne, gdzie szczególnie istotne jest zdobywanie doświadczenia poprzez realizację różnych projektów, w zespołach pracujących różnymi metodami, w laboratoriach dysponujących różnym, często unikatowym sprzętem. Zdarzają się jednak przypadki, gdy wymuszona mobilność nie ma większego sensu – np.wtedy, gdy istnieje tylko jeden ośrodek prowadzący badania w danym kierunku, lub projekt badawczy jest długoterminowy. W przypadku rzadkich specjalizacji zmiana miejsca pracy oznacza, że badacz, który jest na drodze do tego, by stać się specjalistą w danej dziedzinie, musi się przekwalifikować i przerwać realizację wcześniejszych badań albo prowadzić je bez bezpośredniego związku z badaniami realizowanymi w ośrodku, który go przyjął. Problem ten dotyczy zarówno nauk ścisłych, jak i humanistycznych i ma znaczenie nie tylko krajowe. Bywają takie dyscypliny, w których jest na świecie np. trzech specjalistów, pracujących na jednej uczelni – czy oznacza to, że w imię idei mobilności mają oni zmienić miejsce pracy? To oczywiście skrajny przykład, dobrze jednak ilustruje absurdy rozwiązania, w którym środek do osiągnięcia celu staje się celem samym w sobie. Przykład ten nie zmienia, rzecz jasna, naszego przekonania, że mobilność w nauce jest koniecznością – apelujemy jednak, by nie traktować jej wyłącznie jako bezrefleksyjnie powtarzanego hasła.

Bywa też czasem tak, że zaawansowane technologie badawcze wymagają utrzymywania przez dłuższy czas stabilnego i dobrze współpracującego zespołu, w którym wszyscy członkowie mają bardzo duże doświadczenie. W przypadku długoterminowych badań nad dużymi wyzwaniami naukowymi rzadko kiedy najlepszym modelem działania jest administracyjnie wymuszone zwalnianie członków zespołu co kilka lat i poświęcanie czasu na rekrutację i nieustanne szkolenie nowych pracowników, którzy i tak muszą odejść zanim zdążą stać się ekspertami. W takich zespołach często sprawdza się model częściowej wymiany składu, przy zachowaniu ekspertyzy i ciągłości badań. Na naszych oczach dokonuje się także zmiana modelu komunikacji między naukowcami – dzięki Internetowi już dziś w wielu dyscyplinach członkowie zespołów badawczych nie muszą się ze sobą spotykać fizycznie, by regularnie razem pracować.

A teraz przyjrzyjmy się, jak mobilność działa (a raczej nie działa) w Polsce:

1. Prof. Stanek ma rację, kiedy zwraca uwagę na niebezpieczne zjawisko przesunięcia ciężaru inwestycji w naukę w kierunku budowania infrastruktury. Ostatnio wiele instytucji wzbogaciło się o świetne laboratoria i nowoczesny sprzęt, ale rozwiązania dla pracowników, którzy mieliby ten sprzęt obsługiwać, pozostały niemal niezmienione od 20. lat. Gdyby choć niewielką część olbrzymich środków wydanych na budynki (niekiedy świadczące, niestety, o gigantomanii inwestorów i nieprzemyśleniu tego, ile będzie kosztowało ich utrzymanie) i ich wyposażenie, została przeznaczona na wsparcie mobilności badaczy, nasza dzisiejsza dyskusja wyglądałaby zupełnie inaczej. Nie można jednak było tego zrobić, bo środki te w przytłaczającej większości pochodziły z funduszy infrastrukturalnych UE i z założenia wykorzystywane miały być na rozwój infrastruktury. Niestety, nakłady z budżetu krajowego na wspieranie mobilności naukowców, które powinny były towarzyszyć inwestycjom w infrastrukturę, pozostały żenująco małe: 50 grantów FUGA przyznawanych corocznie przez Narodowe Centrum Nauki na staże podoktorskie to niewiele wobec liczby prawie 40 tys. obecnych doktorantów. Nie rozwiązują też sprawy stypendia FNP czy wpisywanie doktorantów i młodych pracowników do dużych grantów badawczych – dzięki nim młodzi naukowcy mają możliwości wyjazdów, ale bardzo często nie podejmują tego ryzyka, bo nie mieliby gdzie wrócić. Nie da się wprowadzić korzystnej merytorycznie i niewymuszonej mobilności przez same inwestycje w infrastrukturę i same granty “wyjazdowe”, bez wprowadzenia długofalowych rozwiązań systemowych. A tych nie da się zrealizować bez znaczących inwestycji w cały system zatrudniania naukowców w Polsce i mądrego zreformowania jego przestarzałej struktury.

Oczywiście, można wierzyć w to, że młodzi pracownicy nauki, tworzący tzw. prekariat wiedzy, zdecydują się pracować za darmo albo prawie za darmo, dla idei i samorozwoju, rezygnując z życia rodzinnego, ograniczając do minimum potrzeby bytowe. Tylko że nie można na takim założeniu opierać całego systemu, bo staje się on wtedy systemem z gruntu nieetycznym. Ponadto naiwnością jest wiara, że ci najlepsi, w imię patriotyzmu, pozostaną w Polsce: Nauka nie zna granic, a skoro polscy naukowcy mają być mobilni (zgadzamy się z prof. Stankiem, że większość z nich powinna), to nie ma powodów, by nie wybrali lepszej (choć może nie idealnej) oferty za granicą. Niestety w obecnej sytuacji wielu z nich wciąż nie wraca i nie wróci, dopóki nie będzie miało dokąd. A jako zachęta do powrotu nie wystarczają ograniczone do 2-3 lat „prestiżowe” stypendia podoktorskie w wysokości często niższej od stypendiów pre-doktorskich za granicą.

Osobnym problemem (szczególnie w przypadku nauk technicznych i medycznych) jest mobilność między akademią a przemysłem. W obecnym systemie grantowym wyjazd młodego badacza na targi przemysłowe lub próby fabryczne jest ciągle utrudniony. Z drugiej strony, asymetria wynagrodzeń między biznesem a akademią stanowi przyczynę drenażu mózgów (szczególnie w naukach komputerowych). Z perspektywy absolwenta lub absolwentki poszukiwanych na rynku kierunków technicznych, wynagrodzenia doktoranckie można rozpatrywać wyłącznie w kategoriach humorystycznych. Być może jest to jeden z powodów rosnącego wskaźnika rezygnacji ze studiów doktoranckich. I tym samym problem mobilności znika – bo po prostu nie ma młodych postdoków.

2. Zasada mobilności nie może być stosowana selektywnie, do jednej tylko grupy wiekowej badaczy. Obecnie zaś mamy sytuację, w której mówi się o wielkiej wartości mobilności, ale ta wartość staje się jakby mniejsza w przypadku samodzielnych pracowników naukowych. A o mobilności profesorów (przed mianowaniem) nie mówi się nic! Skoro jesteśmy zgodni co do tego, że mobilność jest motorem innowacyjności, to należy podjąć także działania w kierunku skłonienia samodzielnych pracowników do zdobywania doświadczeń za granicą – choćby jako profesorów wizytujących. W Polsce rzadko podnosi się problem, że nie tylko młody badacz powinien zdobywać doświadczenie w wielu ośrodkach, ale także dojrzały dzielić się swoim – i to nie w ramach kilkudniowych konferencji. Może warto byłoby podyskutować o mobilności kadry akademickiej w ogóle, a nie wyłącznie o mobilności młodych badaczy.

3. Zanim jednak zaczniemy w Polsce dyskutować o mobilności w ogóle, spójrzmy na sytuację tych najmłodszych badaczy, którzy w szczególności są poddani presji zmiany miejsca, ale również najbardziej nią zainteresowani. W obecnej sytuacji młody badacz może i ma szansę otrzymać staż w jednym ośrodku akademickim, jednak jego szansa znalezienia zatrudnienia poza ośrodkiem, w którym robił doktorat, jest niewielka. Sytuacja ta nie zmieni się, dopóki nie zostanie wszędzie wprowadzona i faktycznie przestrzegana zasada otwartych konkursów na stanowiska naukowe, a więc urealnienie szansy na zatrudnienie poza macierzystym ośrodkiem. Stojąc przed wyborem: pewna praca za niewielkie wynagrodzenie na umowę o pracę w macierzystym ośrodku, a lepsze warunki finansowe poza tym ośrodkiem, ale na krótko, a potem niepewność co do dalszych losów, młody badacz bardzo często wybiera zatrudnienie na umowę o pracę. Niestety, obecnie olbrzymia większość „otwartych” konkursów na stanowiska związane ze stałym zatrudnieniem na uczelniach ogłaszanych jest tylko wtedy, kiedy pojawia się „ten właściwy kandydat”, zazwyczaj absolwent danej uczelni lub protegowany jednego z profesorów, pod którego konkurs jest specjalnie przygotowany. Rzadko zdarza się, że w konkursie naprawdę chodzi o znalezienie najlepszego pracownika, znacznie częściej to konkurs jest narzędziem do zatrudnienia konkretnej osoby. Zresztą, wobec braku środków, nie tworzy się też z reguły nowych etatów, nie sposób zatem rozpisać konkursu i zatrudnić nowego pracownika, nawet jeśli istnieje taka potrzeba. Ten patologiczny mechanizm nie tylko wzmacnia „chów wsobny” ale uczy młodych badaczy oportunizmu i akceptacji nagannych praktyk. Dopóki konkursy nie staną się otwarte nie tylko z nazwy, nie można się dziwić, że młodzi badacze wybierają „ustawione” zatrudnienie w swym macierzystym ośrodku, mając nikłe szanse na pracę w innym.

Mobilność młodych badaczy nie będzie możliwa do zrealizowania, jeśli ich sytuacja finansowa nie będzie na tyle dobra, by mogli zapewnić byt sobie i swoim rodzinom w nowym miejscu pobytu. Mobilność naukowców jest też ściśle powiązania z mobilnością całego społeczeństwa. Dostęp do opieki przedszkolnej, polityka mieszkaniowa regionu lub stan infrastruktury kraju – to tylko niektóre czynniki wpływające na ruchliwość różnych grup zawodowych. Możliwość działań struktur naukowych w tych obszarach jest ograniczona. Nie można zakładać, że dla dobra nauki badacze i badaczki zrezygnują z życia rodzinnego, posiadania dzieci czy opieki nad starymi rodzicami. Muszą istnieć takie rozwiązania, które zapewnią im pogodzenie tych ról społecznych. I nie da się tego zrobić bez pieniędzy.

Niebagatelną rolę mają także zmiany mentalnościowe – naukowcy to też część społeczeństwa, jakkolwiek nie mówilibyśmy o ponadnarodowej wspólnocie uczonych. Ubolewanie nad znikomą mobilnością polskich naukowców, którym stawia się za wzór naukowców amerykańskich, oznacza, że kompletnie ignoruje się pozamerytoryczny kontekst funkcjonowania nauki. Mobilność społeczeństwa amerykańskiego jest wpisana w jego etos od samych początków – w Europie tradycja ciągłości historycznej, szkół badawczych etc. jest dużo silniejsza. W porównaniu z USA mobilność badaczy włoskich czy francuskich też nie jest imponująca. Żeby to zmienić, nie można działać nakazowo, ale ukazywać korzyści i stwarzać realne warunki, by badacze i instytucje naukowe mogły się do mobilności przekonać. Dziś mobilnością się głównie straszy.

Oczywiście, nie znaczy to, że uważamy, iż wina nie leży też po stronie samych badaczy – nie ulega wątpliwości, że i w Polsce są możliwości dla młodych naukowców, z których nie chcą lub nie potrafią oni skorzystać. Na przykład, Międzynarodowy Instytut Biologii Molekularnej i Komórkowej w Warszawie (najwyżej klasyfikowany polskich instytut badawczy w dziedzinie biologii, trzeci w Polsce któremu przyznano logo ‘HR Excellence in Research’ za sposób zarządzania kadrami naukowymi) od dłuższego czasu szuka kandydatów na stanowiska kierownika laboratorium badań nad danio pręgowanym i laboratorium specjalizującego się w genomice. Jak dotąd nie było poważnych zgłoszeń od Polaków. Ani z Polski, ani z zagranicy. Konkursy na staże podoktorskie z solidną pensją często kończą się bez pozytywnego wyniku lub z braku chętnych termin naboru jest wielokrotnie przesuwany. Dziwić i frustrować może brak chętnych z Polski, przy równoczesnym powszechnym narzekaniu na brak pracy dla polskich naukowców. Dlaczego tak się dzieje? Być może dotykamy tu też innego problemu (ale tylko z pozoru odległego), a mianowicie tego, jak kształci się studentów i czy promotorzy doktoratów rzeczywiście potrafią rozpoznać, w jakim kierunku powinni się specjalizować ich uczniowie, by szybko piąć się po mobilnych szczeblach kariery i odnieść sukces w nauce.

Problemy strukturalne i niezadowalająca wydajność polskiego systemu naukowego oraz niedostateczny poziom praktycznych i wizerunkowych korzyści, jakie Polska czerpie z nauki, są efektem dekad powojennych zaniedbań, w tym również dwóch dekad wolnej Polski. Nie da się ich magicznie naprawić nakazami administracyjnymi wydawanymi ad hoc. Potrzebujemy całościowej reformy obejmującej i system edukacji wyższej, i system finansowania badań, i sposób łączenia nauki akademickiej z biznesem, poprzedzonych dogłębną debatą społeczną. Warto pamiętać o tym, że w niektórych obszarach właściwe zdiagnozowanie sytuacji i opracowanie optymalnych rozwiązań może wymagać zewnętrznego „audytu” z udziałem zagranicznych ekspertów, którzy potrafią spojrzeć na naszą sytuację z dystansem większym niż my sami. Ale jeżeli sami sobie nie pomożemy, to nikt nam nie pomoże: musimy pamiętać, że to my sami mamy pracę do wykonania i w tym celu musimy się porozumieć. Do tego niezbędne jest większe zaangażowanie w spokojny i konstruktywny dialog zarówno różnych środowisk naukowych jak i ośrodków decyzyjnych. Dialog z naciskiem na słuchanie, co inne strony mają do powiedzenia, a nie na wzajemne przekrzykiwanie się.

 

dr Piotr Bentkowski (MIBMiK)

prof. dr hab. Janusz M. Bujnicki (MIBMiK, WB UAM, członek AMU-PAN)

dr hab. Marcin Grynberg (IBB PAN)

dr Maciej Malicki (IM PAN)

dr Anna Muszewska (IBB PAN)

dr Łukasz Niesiołowski-Spanò (IH UW)

dr Grzegorz Pac (IH UAM)

dr Aneta Pieniądz (IH UW)

Marcin Zaród (IS UW)

 

List został opublikowany 24 października na portalu www.gazeta.pl http://wyborcza.pl/1,76842,14837987,Dialog_z_naciskiem_na_sluchanie__co_inne_strony_maja.html

 

 

Contact Us

We're not around right now. But you can send us an email and we'll get back to you, asap.