Lech Trzcionkowski – polemicznie o uczelniach i niedawnych publikacjach na ich temat

Home / Aktualności / Lech Trzcionkowski – polemicznie o uczelniach i niedawnych publikacjach na ich temat

Lech Trzcionkowski – polemicznie o uczelniach i niedawnych publikacjach na ich temat

Poniżej publikujemy tekst nadesłany do nas przez Lecha Trzcionkowskiego. Tekst polemizuje z niedawnymi publikacjami Macieja Malickiego oraz Dominika Antonowicza, Michała Bilewicza i Emanuela Kulczyckiego.

Wersja tekstu w formacie PDF.

* * *

Kryzys uniwersytetu i „pożyteczni idioci”. Kilka uwag na marginesie dyskusji o problemach humanistyki.

Lech Trzcionkowski

Uniwersytet z definicji jest miejscem prowadzenia badań i nauczania najwyższej jakości. Oczywiście różne ośrodki akademickie spełniają ten postulat w różnym stopniu, niemniej zakłada się, że chodzi o wyższy stopień edukacji w stosunku do szkoły średniej oraz o jedyne w swoim rodzaju miejsce łączące kształcenie z badaniami naukowymi. Państwo przeznacza na jego utrzymanie pieniądze publiczne, gwarantując tym samym stabilność finansową, dzięki której uczeni uzyskują czas wolny oraz niezbędne środki, aby skupić się na tworzeniu nowych idei oraz, w przypadku części dziedzin, ich praktycznemu lub technicznemu zastosowaniu. Każda dyskusja na temat uniwersytetu powinna zatem zaczynać się od pytania, czy administracja publiczna wypełnia finansowe i organizacyjne obowiązki wobec tak pojmowanej instytucji. Najlepiej uzasadniona odpowiedź na to pytanie odwołuje się do statystyki oraz porównania z innymi systemami szkolnictwa wyższego i nauki. Wszyscy wiemy, że brzmi ona – nie, środki publiczne przeznaczane na tę kluczową dla rozwoju i kultury dziedzinę są niewystarczające i nie zbliżają się nawet do poziomu 1% PKB, który można uznać za minimum sensownego finansowania nauki.

            Brak stabilności finansowej, „nierentowność”, objawił się ostatnio w spektakularny sposób, zawieszeniem rekrutacji, a w dalszej perspektywie likwidacją studiów filozoficznych na Uniwersytecie w Białymstoku. Odpowiedzią środowiska akademickiego był list otwarty intelektualistów oraz dyskusja na temat przyszłości humanistyki. Stawką w grze jest przetrwanie studiów filozoficznych, filologicznych i historycznych na polskich uniwersytetach. Mimo zwołania Okrągłego Stołu, nie wydaje się, aby doszło do uzgodnienia stanowiska akademików i administracji publicznej. O ile ta druga przemawia jednym głosem urzędującej Ministry, o tyle uczeni nie są jednomyślni. Część badaczy, zwłaszcza młodszego pokolenia, twierdzi, że kryzysowi humanistyki na polskich uniwersytetach winne jest samo środowisko humanistów, skostniałe, zaściankowe, publikujące w niezrozumiałym na świecie języku polskim i rozleniwione znakomitymi warunkami stworzonymi w Polsce przez system grantowy. Przykro mi to stwierdzić, ale „pożyteczni idioci” to termin, który przyszedł mi na myśl po lekturze dwóch opublikowanych ostatnio tekstów prezentujących takie stanowisko. Wprowadzając ten termin, nie chcę nikogo obrazić, dlatego muszę przypomnieć, że w polemikach politycznych oznaczał on publicystów, którzy nieraz w dobrej wierze wspierali złą sprawę komunizmu, natomiast dziś trafnie opisuje postawę tej części środowiska akademickiego, która twierdzi, że biurokratyczne reformy wprowadzone przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego mają na celu poprawę jakości polskiej nauki. Żeby nie być gołosłownym, odniosę się do kilku kluczowych kwestii poruszonych we wspomnianych tekstach, które świadczą moim zdaniem o słabej orientacji lub złej woli ich Autorów.

Maciej Malicki pisze: „Często zapomina się, że naukowcy opłacani są z pieniędzy społecznych, a ich obowiązki dydaktyczne są bardzo ograniczone. Pensum adiunkta to nie więcej niż 6 godzin tygodniowo i to jedynie przez 9 miesięcy w roku. Nawet po doliczeniu czasu poświęconego na przygotowania do zajęć, dydaktyka stanowi nie więcej niż 1⁄4 typowego etatu – reszta zależy od samych wykładowców.  Myślę, że osoby obdarzone przez społeczeństwo tak dużą wolnością po prostu muszą być rozliczane ze swojej aktywności. A ocena ta powinna pozwalać na porównania między różnymi dziedzinami i obliczanie średnich wyników. Jedynie jakaś forma oceny ilościowej może spełnić te warunki”. Od adiunkta w Katedrze Matematyki i Ekonomii Matematycznej wymagałbym większej rzetelności i biegłości w arytmetyce. Przede wszystkim wykorzystuje on fałszywe dane. Z braku czasu przedstawiam dane tylko z kilku czołowych uniwersytetów:

Uczelnia adiunkt ze stopniem dr adiunkt ze stopniem dr hab,
UJ 210 180
UW 210 210
UAM 210 180
UMK 210 210
UWr 240 210
KUL 240 210
UWM 240 210
Uniwersytet Rzeszowski 240 240
Uniwersytet w Białymstoku 240 210

 

Tych kilka przykładów pokazuje, że regułą jest obciążanie adiunktów ze stopniem doktora na mniejszych uniwersytetach pensum 8 godzin tygodniowo, podczas gdy w najsilniejszych ośrodkach (UW, UJ, UAM) jest to 7 godzin. Trudno zatem powiedzieć skąd dr Malicki wziął dane mówiące o „nie więcej niż 6 godzin tygodniowo”. Jeszcze większe zdziwienie budzi stwierdzenie, że przygotowanie do poszczególnych zajęć nie zabiera więcej niż jedną godzinę. Nie wiem, jak Autor tekstu traktuje swe obowiązki dydaktyczne, jednak uchwały senatu oraz umowy o pracę wskazują, że uczelnie zazwyczaj ustalają obciążenie dydaktyczne w stosunku 1 godzina wykładowa : 2 godziny przygotowań / sprawdzania pracy studentów, czyli w sumie 1 godzina dydaktyczna = 3 godziny pensum. Oznacza to, że w przypadku mniejszych uczelni na pracę ze studentami należy przeznaczać 3 x 8 godzin tygodniowo = 24 godziny, a na uczelniach najsilniejszych 21 godzin, czyli między 52,5 – 60%, a nie, jak chce Malicki, „nie więcej niż 25%”. Moje rachunki są jednak zaniżone, gdyż w kontraktach zawieranych przez uczelnie (o ile jest to wyszczególnione) adiunkt ze stopnie doktora habilitowanego jest zobowiązany do przeznaczenia 65% pensum na zajęcia dydaktyczne, 10% na obowiązki administracyjne, a 25% , czyli 10 godzin, na pracę naukową. Jeśli zatem „społeczeństwo” (czytaj: urzędnicy MNiSW) mają rozliczać pracowników naukowych, mogą to robić jedynie z 10 godzin pracy naukowej tygodniowo, gdyż jako uczeni pracujemy na ¼ etatu, resztę poświęcamy pracy dydaktycznej. Nie należy również zapominać, że pozostałe trzy miesiące to częściowo (6 tygodni) czas urlopu, częściowo czas najbardziej intensywnej pracy dydaktycznej podczas sesji (prace roczne, egzaminy ustne, zaliczenia końcowe), częściowo czas pisania projektów grantowych, na realizację których pozostanie owe 10 godzin tygodniowo. Zapewne w celu poprawy jakości nauki nowa ustawa zmniejszyła także o połowę czas trwania urlopu habilitacyjnego. Podsumowując, argumentacja Malickiego jest oparta na nieprawdziwych danych i błędnych założeniach. Zdanie prawdziwe powinno brzmieć: „Po doliczeniu czasu poświęconego na przygotowania do zajęć, dydaktyka i obowiązki administracyjne stanowią prawie 3⁄4 typowego etatu – pozostała 1⁄4 może być przeznaczona na prowadzenie badań naukowych.” Natomiast fałszywa argumentacja przedstawiona przez Malickiego znakomicie wpisuje się w wyobrażenie administracji o leniwych humanistach, których czas wolny, nie przywilej, lecz warunek sine qua non uprawiania nauki, trzeba kontrolować sprawozdawczością. Zamiast zatem sekundować błędnemu przekonaniu o niemal nieograniczonym czasie wolnym polskich uczonych, warto przypominać Ministerstwu o naszych obciążeniach, aby dać urzędnikom szansę na przemyślenie relacji między warunkami naszej pracy a jej rezultatami.

            Oprócz poważnych nadużyć w przedstawionych przez Malickiego obliczeniach, artykuł jest znakomitym przykładem, jak słabo część środowiska akademickiego jest wyposażona w wiedzę ogólną. Malicki przeciwstawia „polski uniwersytet”, który ma jakoby charakteryzować struktura cechowa, uniwersytetowi przyszłości, korporacji, w której obiektywny, niepodległy układom personalnym, system punktowy kształtowany przez biurokrację państwową będzie decydował o finansowaniu i istnieniu nauki. System cechowy przestał być funkcjonalny, twierdzi Malicki, a jego utrzymywanie się jest jedną z przyczyn kryzysu polskiej nauki. Jest prawdą, że uniwersytet był cechem, ale był to uniwersytet średniowieczny, który narodził się jako gildia (po łacinie universitas) zrzeszająca studentów, nauczycieli lub studentów i nauczycieli, a zatem cechowa natura uniwersytetu nie jest polską anomalią, ale powszechną cechę każdego uniwersytetu europejskiego w pierwszym okresie jego istnienia. Jego czas przeminął na początku XIX wieku, gdy ostatecznie uformowała się nowa instytucja, nowoczesny uniwersytet badawczy, zwany często uniwersytetem Humboldta. Uniwersytet średniowieczny był związany z miastem, uniwersytet nowoczesny był odpowiedzią na potrzeby nowoczesnego państwa narodowego. Z czasem niemiecki uniwersytet stał się wzorem szkoły wyższej na całym świecie. Jej fundamentem była autonomia i wolność badań i nauczania, bez której uniwersytet nie może istnieć, ścisły związek wykładów z prowadzeniem badań oraz kształtowanie charakteru poprzez bezinteresowne dążenie do prawdy. Fundowany przez państwo, zachowujący wewnętrzną autonomię, nowy uniwersytet uzyskiwał stałe i pewne źródło finansowania. Była to zatem „nauka urzędnicza”, w której państwo zapewniało niezbędny czas wolny poprzez etatyzację uczonych. Ordinarius, profesor zwyczajny, sprawował absolutną władzę, dzieląc ją z równymi sobie, choć sam był powoływany na katedrę przez właściwego ministra. Warto przy okazji przypomnieć, że habilitacja w tym systemie oznaczała udzielenie przez fakultet venia legendi, czyli prawa do prowadzenia wykładów z określonego przedmiotu. Nie jest to dobre miejsce do rozwijania tego wątku, lecz z tych kilku powszechnie znanych faktów wynika, że już XIX-wieczny uniwersytet badawczy nie był gildią uczonych.

Gdy zatem Malicki potępia sytuację, w której „zewnętrzne wobec uczelni instytucje do niedawna nie miały w zasadzie żadnego wpływu na ich funkcjonowanie i nawet obecnie wpływ ten jest stosunkowo niewielki,” to strzela w płot. Twierdzenie to jest fałszywe zwłaszcza w Polsce, gdyż poddanie nauki władzy partyjno-państwowej poprzez stworzenie centralnych komisji przyznających stopnie naukowe był jednym z podstawowych uwarunkowań systemu szkolnictwa wyższego i nauki w okresie stalinowskim (1951) i nadal jest utrzymywany pod postacią Centralnej Komisji do Spraw Stopni i Tytułów, biurokratycznej instytucji kosztującej podatników kilkadziesiąt milionów rocznie. Jest to oczywiste postkomunistyczne curiosum, ostatni relikt czasów stalinowskich, którego celem było pozbawienie uczelni autonomii w fundamentalnej kwestii nadawania stopni naukowych. Warto przypomnieć tylko, że stawiany nam za wzór organizacyjny system anglosaski nie zna ani Centralnej Komisji, ani habilitacji i państwowej profesury, ani Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego (w Anglii, gdzie uczelnie, łącznie z Oxbridge, są utrzymywane ze środków publicznych, istnieje jedynie departament w Ministerstwie Edukacji i Nauki; w Stanach Zjednoczonych oczywiście żadnego Ministerstwa nie ma). O tym, że w Polsce brak bezpośredniego przełożenia między otwartością środowiska a jakością prowadzonych badań świadczy fakt, że wśród najlepszych jednostek, ocenionych podczas ostatniej ewaluacji na A+, są takie, których pracownicy niemal w 100% kształcili się i pracowali w tym samym miejscu, a zatem są typowym efektem chowu wsobnego (vide Instytut Historyczny UW). W tym także upatrywałbym patologii, zwłaszcza, że to właśnie z tych środowisk rekrutują się działacze ON nawołujący do wyraźnego rozróżnienia uczelni akademickich od zawodowych. Dla Ministerstwa, które ustami swoich przedstawicieli mówi o potrzebie utrzymania trzech, czterech ośrodków akademickich, oznacza to możliwość zwiększenia środków na naukę dla wybranych nielicznych bez konieczności zwiększania ogólnej sumy pieniędzy z budżetu. Postulat centralizacji reprodukcji inteligencji przyniesie bardzo niebezpieczne szkody społeczne i kulturowe.

Problemem polskich szkół wyższych nie jest ich autonomia, lecz jej ograniczenia. Obecnie ingerencja administracji osiągnęła monstrualne rozmiary, między innymi za sprawą ręcznego sterowania rozwojem nauki poprzez irracjonalny system punktacji parametrycznej, w którym jedynym kryterium jest liczba zebranych punktów. Podstawowym jego celem jest ułatwienie administracji zadania rozdziału środków publicznych. Ideałem tego systemu jest pracownik korporacji naukowej, który może się zaprezentować jako zdobywca rekordowej liczby punktów wywieszonej na liście rankingowej – „oto doktor x, zdobywca xx punktów, pracownik jednostki kategorii A+, brawa dla naszego lidera!”. Zdarza się, że uczeni w wykazach swoich publikacji zamieszczają informację o liczbie punktów przypadających na każdą z nich. W ten sposób „nowi naukowcy”, tubylcy polskich uniwersytetów, z punktów i list czasopism stworzonych w celach informacyjnych, a nie ewaluacyjnych, uczynili kult Cargo XXI wieku.

Malicki pisze, że parametryzację należy uznać „za przejaw rywalizacji – a ta jest co najmniej tak samo fundamentalna dla człowieka jak posługiwanie się pieniędzmi i umiejętność tworzenia instytucji. Ludzie mają, i zawsze mieli, skłonność do współzawodnictwa. Porównują się, wytwarzają hierarchie i żaden rodzaj społecznej działalności nie pozostaje od nich wolny. Nauka jest też pewnego rodzaju agorą – tyle że żetonami w grze o prestiż, która się w niej toczy, nie są władza bądź pieniądze, lecz wielkość odkrycia i oryginalność myśli.” Nie będę złośliwie zatrzymywał się dłużej nad antropologicznym i historycznym nonsensem, jakim jest przypisanie pieniądzom, fenomenowi historycznemu, rangi fundamentalnej cechy ludzkiej, nie mogę jednak pozostawić bez komentarza postulatu unieważnienia przysięgi doktorskiej, w której zarówno doktor Malicki, jak i piszący te słowa, zobowiązał się prowadzić dalsze badania non sordidi lucri causa nec ad vanam captandam gloriam, sed quo magis veritas propagetur et lux eius. Zgodnie ze złożoną przysięgą nie powinniśmy walczyć o prestiż liczony w punktach przełożonych na kategorie parametryczne jednostek naukowych, lecz prowadzić rzetelne badania i uczyć studentów. Tymczasem nakłada na nas się obowiązek zwycięstwa w wyścigu o punkty, na który mamy, przypomnę, 10 godzin tygodniowa, 25% naszego pensum.

Innym polem działania pożytecznych idiotów jest dyskusja o umiędzynarodowieniu polskiej nauki, konieczności ogłaszania wyników w języku angielskim oraz znaczenia list czasopism, jako wyznacznika rangi publikacji. Tematy te pojawiają się w tekście Malickiego, ale jeszcze wyraźniej widać je w artykule ogłoszonym przez Dominika Antonowicza, Michała Bilewicza i Emanuela Kulczyckiego w “Forum Akademickim” (marzec 2014). Artykuł zawiera następujące tezy, które mają wyjaśnić zatrważający fakt, że według Pani Ministry polscy humaniści nie uzyskują grantów europejskich. Źródeł tego zjawiska należy ich zdaniem szukać w:

1) łatwym dostępie do grantów oferowanych przez polskie instytucje;

2) małej obecności polskich badaczy w światowym (czytaj: anglojęzycznym) obiegu naukowym, co zamyka przed nimi dostęp do grantów, do których aplikować mogą badacze znani recenzentom z publikacji w czołowych periodykach lub monografii anglojęzycznych.

Po pierwsze warto zauważyć, że w poprzednich programach europejskich humanistyka polska miała małe możliwości aplikowania o granty, między innymi dlatego, że zgodnie ze swoim powołaniem publikuje nadal w języku narodowym. Z drugiej strony same programy znacznie zawężają lub uniemożliwiają aplikowanie uczonym badającym literaturę polską i historię Rzeczypospolitej. Sądzę jednak, że naszą refleksję powinniśmy skierować w innym kierunku, jakże niewygodnym dla administracji państwowej. Otóż system grantowy nie może zastąpić finansowania badań podstawowych, powinien je jedynie uzupełniać. Nie jest problemem dla humanistyki mała liczba grantów europejskich, ale brak podstawowych narzędzi, które budować można jedynie ze stałych wpływów budżetowych. Żaden grant nie zbuduje nam księgozbiorów naukowych na światowym poziomie. Autorzy pisząc, że polscy humaniści mają większe możliwości ubiegania się o granty, niż ich zachodni koledzy, zdają się nie zauważać, że zdecydowana większość środków jest tam przeznaczana na statutową działalność uniwersytetu, a są to środki znacznie przewyższające nasze budżety.

Poważniejszymi i bardziej niebezpiecznymi z punktu widzenia uniwersytetu błędami w myśleniu zaprezentowanym przez omawianych autorów są trzy założenia:

1) wszystkie dziedziny nauki można mierzyć i porównywać stosując kryterium ilościowe;

2) wszystkie nauki zmierzają do konwergencji w ramach nauki globalnej, w której językiem komunikacji jest język angielski;

3) myślenie i pisanie w języku polskim wyklucza uprawianie nauki na światowym poziomie.

Zgodnie z pierwszym założeniem, przyjętym również przez Ministerstwo, kryterium ilościowe, czyli parametryzacja punktowa, jest najlepszą metodą oceny wyników pracy uczonych. Odnoszę wrażenie, że większość środowiska akademickiego z tym błędnym założeniem już się pogodziła i postuluje jedynie korekty liczby punktów za poszczególne rodzaje publikacji (na przykład monografie humanistyczne), rozszerzanie lub zmianę listy czasopism oraz większe uwzględnienie osiąganych wyników w logarytmie finansowania uczelni. W tej sprawie zachowam głos odrębny, gdyż jestem przekonany, że jedyną metodą oceny wartości pracy humanistów jest ich lektura i wydanie na jej podstawie osądu o jej jakości. Jednym z dramatów młodego pokolenia uczonych jest ich zgoda na wyścig poprzez czasopisma punktowane w celu zebrania największej ilości bonusów, które wyposażą ich kariery akademickie w „nowe życia”.

Nauka rozwija się różnymi drogami, zwłaszcza w naukach humanistycznych. Jednym z form pracy filologów klasycznych i historyków starożytności jest tłumaczenie tekstów klasycznych i opatrywanie ich komentarzami. Jest to ich obowiązek wynikający z przysięgi doktorskiej i powinność wobec kultury narodowej. Filologowie włoscy przekładają Homera na włoski, niemieccy – na niemiecki, francuscy – na francuski, angielscy i amerykańscy – na angielski, a polscy na polski. Inaczej, drodzy Państwo, się nie da. Przekład i komentarz poprzedza często wieloletnia praca nad danym autorem i w żaden sposób nie można tego zmierzyć punktami, tylko trafnością i głębią interpretacji. Większość przekładów jest konsultowana z kolegami, omawiana na seminariach i recenzowana, spełnia zatem zasady peer review. Jeśli wszyscy ruszymy w pogoń, ad vanam captandam gloriam, a zaniechamy obowiązków względem kultury narodowej, marny wróżę jej los. To jeden z wielu przykładów na nieprzystawalność parametryzacji do rzeczywistych potrzeb nauki i kultury. Nie zapominajmy, że uniwersytet to nie tylko miejsce tworzenia „innowacji”, ale także uczestnictwa w tradycji poprzez seminaryjną lekturę Dawnych Mistrzów.

Wreszcie ostatnia sprawa. W dyskusjach nad marnością uprawianej po polsku nauki, przeciwstawianej anglojęzycznym szczytom, często przywołuje się dawne dokonania polskich uczonych, sugerując, że byli oni wybitni, gdyż pisali w innych, niż polski, językach. Jako przykład dawnej chwały polskiej humanistyki podaje się szkołę lwowsko-warszawską. Proponuję Panom i Paniom powrót to lektur polskiej inteligencji. Owszem, założyciel szkoły, Kazimierz Twardowski, napisał swój doktorat i habilitację po niemiecku, gdyż studiował w Wiedniu, jednak gdy został powołany na katedrę polskojęzycznego Uniwersytetu Jan Kazimierza we Lwowie i stworzył tam seminarium filozoficzne, założył pismo „Przegląd Filozoficzny” oraz „Ruch Filozoficzny”, gdzie następnie publikował artykuły w języku polskim. Podobnie postępowali jego uczniowie, Ajdukiewicz, Tatarkiewicz, Kotarbiński. Większość publikacji uczniów Twardowskiego powstawała w języku polskim i w tymże toczyła się tam dyskusje na światowym poziomie. Oczywiście nie wykluczało to ogłaszania prac w innych językach, ale myślenie i dyskusja filozofów odbywała się w języku polskim. Całe pokolenia polskiej inteligencji w wieku kilkunastu lub dwudziestu lat kształciła się czytając Historię Filozofii Tatarkiewicza, Zagadnienia i kierunki filozofii Ajdukiewicza lub Elementy teorii poznania Kotarbińskiego, a zatem prace stworzone po polsku dla polskiego inteligenta, nie dla punktów, lecz z poczucia elementarnego obowiązku wobec prawdy i współobywateli.

Contact Us

We're not around right now. But you can send us an email and we'll get back to you, asap.