Maciej Malicki w odpowiedzi Lechowi Trzcionkowskiemu

Home / Aktualności / Maciej Malicki w odpowiedzi Lechowi Trzcionkowskiemu

Maciej Malicki w odpowiedzi Lechowi Trzcionkowskiemu

Maciej Malicki

Odpowiedź Trzcionkowskiemu.

Pomijając epitety, które Lech Trzcionkowski stosuje w swojej polemice w charakterze argumentu – zwyczaj przykry, lecz niestety nie odstający zbytnio od polskich standardów publicznej polemiki –  przejdę od razu do rzeczy.

Zacznę od sprawy najbardziej konkretnej, to znaczy od zarzutów kierowanych pod adresem moich szacunków obciążeń dydaktycznych pracowników polskich uczelni. Sugestia Trzcionkowskiego, że typowy wykładowca poświęca na dydaktykę 6 godzin zegarowych dziennie przez bite 11 miesięcy w roku – tyle bowiem oznacza praca w zakresie 3/4 etatu –  wygląda mało wiarygodnie już na pierwszy rzut oka.  Przyjrzyjmy się bliżej jego wyliczeniom

Zacząć należy od tego, że zastępuje on w swoich rachunkach godziny zegarowe godzinami lekcyjnymi. Jest to różnica niebagatelna: po uwzględnieniu tego błędu, 3/4 etatu zamienia się od razu w 9/16, czyli niemal dokładnie 1/2 etatu. Jednakże nawet ten wynik znacznie zawyża realne obciążenia dydaktyczne. Przeciętny czas pracy na pełnym etacie wynosi bowiem 2000 godzin zegarowych rocznie. Po uwzględnieniu urlopu liczba ta obniża się do około 1800 godzin. Natomiast pensum pracownika naukowo-dydaktycznego wynosi od 180 do 240 godzin lekcyjnych, a zatem od 135 do 180 godzin zegarowych. Nawet jeśli potraktowalibyśmy z całą powagą ministerialne wytyczne, wedle których na każdą godzinę zajęć przypadać mają dwie godziny pracy z nimi związanej (choć, prawdę mówiąc, nie spotkałem chyba dotąd wykładowcy, który regularnie, tydzień po tygodniu, poświęcałby tyle czasu na przygotowania), obowiązki dydaktyczne wynoszą od 400 do 540 godzin zegarowych w roku. Nie sądzę, żeby sesje egzaminacyjne znacząco zwiększały tę liczbę. A zatem wykładowca obciążony jest dydaktyką w zakresie od nieco mniej niż 1/4 do nieco mniej niż 1/3 etatu.

Tyle, jeśli idzie o arytmetykę. Można jedynie dodać, że nawet jeżeli de facto wykładowcy poświęcają więcej czasu na obowiązki uczelniane, to i tak opłacani są z pieniędzy społecznych (a nie przez urzędników, jak twierdzi mój adwersarz, gdyż uczelnie finansowane są z podatków, a nie z kieszeni pracowników MNiSW). Wydaje się, że zrozumiałe jest w tej sytuacji oczekiwanie, by rozliczali się ze swojej pracy, zarówno dydaktycznej jak i naukowej.

Cóż odpowiedzieć na tezy Trzcionkowskiego dotyczące istoty uniwersytetu? Oczywiście, jeżeli „uniwersytet z definicji jest miejscem prowadzenia badań i nauczania najwyższej jakości”, to w ogóle nie ma problemu. Albo polskie uczelnie spełniają tę definicję, a wtedy pozostaje nam się jedynie cieszyć, że funkcjonuje w naszym kraju tak szlachetna instytucja. Albo też jej nie spełniają – a zatem w ogóle nie stanowią uniwersytetu. W tej sytuacji nie ma nawet sensu mówić o jego kryzysie.

Moim zdaniem jednak, zamiast zajmować się abstrakcyjnymi definicjami albo wyrażać nieuzasadnione, choć krzepiące przekonanie, że skoro rzeczy powinny się przedstawiać w jakiś sposób, wynika już z tego, że tak się właśnie mają, warto raczej zastanowić się nad obecnym stanem realnych polskich instytucji zajmujących się wyższą edukacją i badaniami.

Najbardziej uderzające jest dla mnie to, że Trzcionkowski nie widzi w zasadzie żadnych problemów po stronie samych uczelni, a zagrożeń upatruje jedynie w zewnętrznych wobec nich, wrogich siłach. Przedstawia wizję wspólnoty uczonych, oddanych całym sercem poszukiwaniu prawdy, których chcą zniszczyć źli urzędnicy oraz nierozumiejące ducha akademii, zapatrzone w zagranicę młode pokolenie. Żeby uwiarygodnić ten obraz, przeinacza argumenty, z którymi polemizuje. Pisze na przykład, że według mnie nestorzy polskiej nauki byli „wybitni, gdyż pisali w innych, niż polski, językach”. Łatwo sprawdzić, że nigdzie tego nie powiedziałem. Wskazuję natomiast, że konfrontowali się ze światem zewnętrznym i swoje osiągnięcia zawdzięczają również temu, że pozostawali z nim w ciągłym kontakcie. Podobnie, wyraźnie podkreślam, że totalna parametryzacja nie jest właściwym rozwiązaniem, i że istnieje zagrożenie biurokratyzacją działalności naukowej. A zatem twierdząc, że postuluję, aby „system punktowy kształtowany przez biurokrację państwową (…) decydował o finansowaniu i istnieniu nauki”, Trzcionkowski dowodzi jedynie, że nie przeczytał uważnie mojego tekstu.

Charakterystyczna też jest nieścisłość historyczna, której mój polemista dopuszcza się w swoich dywagacjach o korzeniach uniwersytetu. Należy on do całkiem licznego grona polskich akademików, którzy lubią powoływać się na postulat bezwzględnej autonomii uniwersytetu humboldtowskiego. Tymczasem wedle tej koncepcji pełna autonomia zarezerwowana była jedynie dla niewielkiej, elitarnej akademii. Natomiast uniwersytety oraz instytuty – dwa pozostałe elementy systemu akademickiego – w mniejszym lub większym stopniu grać miały rolę służebną wobec państwa. I tak też było – uniwersytet niemiecki tamtego okresu stanowił przede wszystkim kuźnię kadr urzędniczych. Myślę zresztą, że mój artykuł wpisuje się w pewnym stopniu w koncepcję Humboldta, gdyż formułuję w nim pogląd, że społeczna odpowiedzialność jest fundamentalną powinnością tej instytucji.

Jest nią też oczywiście poszukiwanie prawdy i dokonywanie odkryć, za które słusznie należy się chwała. Przysięga doktorska, łamanie której zarzuca mi Trzcionkowski za to, że wyrażam opinię, iż z działalnością badawczą wiąże się współzawodnictwo i pragnienie prestiżu, mówi o vana gloria, czyli o czczej chwale. Moim zdaniem chwała, której źródłem jest wybitne dokonanie naukowe, nie jest czcza. Należy ją uznać za słusznie przysługującą odkrywcy nagrodę.

Nie będę nawet komentował dokonanej przez Trzcionkowskiego – a według mnie po prostu nieetycznej – próby obrony chowu wsobnego, ani absurdalnej sugestii, że w Centralnej Komisji zasiada ktoś inny niż sami akademicy. Nie będę wyjaśniał szczegółów amerykańskiego systemu edukacji – powiem tylko, że brak ministerstwa szkolnictwa wyższego w USA wynika stąd, że uczelnie w tym kraju podlegają władzom stanowym; na poziomie stanu istnieją odpowiednie ciała zajmujące się uniwersytetami i college’ami. Nie mam też zamiaru wdawać się w rozważania historyczne na temat średniowiecznych gildii studenckich, gdyż powiedziałem wyraźnie, co miałem na myśli pisząc o uniwersytecie jako korporacji cechowej. Mianowicie to, że przypomina on pod pewnymi względami korporację zawodową, broniącą w pierwszym rzędzie interesów swoich członków.

Zgodzę się natomiast, że istnieją dziedziny nauki ze swej natury lokalne, nie podlegające prostemu umiędzynarodowieniu. Przykładu dostarcza sam Trzcionkowski, pisząc: „jedną z form pracy filologów klasycznych i historyków starożytności jest tłumaczenie tekstów klasycznych i opatrywanie ich komentarzami. Jest to ich obowiązek wynikający z przysięgi doktorskiej i powinność wobec kultury narodowej. Filologowie włoscy przekładają Homera na włoski, niemieccy – na niemiecki, francuscy – na francuski, angielscy i amerykańscy – na angielski, a polscy na polski”.

Owszem, to wszystko prawda, tylko czy rzeczywiście jesteśmy zadowoleni z efektów ich pracy? Na stronie Artes Liberales, przedstawiającej dr. Lecha Trzcionkowskiego, znajduje się następująca informacja: „najważniejszym wydarzeniem było spotkanie z mistrzem, Edwardem Zwolskim, wspólna lektura Platona i tekstów sanskryckich”. Sam z chęcią poczytałbym Platona w oryginale, niestety, nie znam klasycznej greki. I właśnie tutaj nieoceniona byłaby pomoc językoznawców. Tymczasem jedyne pełne tłumaczenie dzieł Platona na język polski, autorstwa Witwickiego, liczy sobie bez mała sto lat, i wiadomo, że wiele jest w nim błędów i nieścisłości. Zwolski, którego tłumaczenia niewątpliwie są wysoko cenione, spolszczył tylko trzy dialogi platońskie.

Podobnie jest z Arystotelesem – kolejnym kluczowym filozofem starożytnym. Powszechne jest przekonanie, że przekład Leśniaka posiada poważne wady i koniecznie powinien pojawić się nowy, choćby dla dobra polskich studentów filozofii. Niestety, wciąż na niego czekamy i nic nie zapowiada zmiany sytuacji. Czy te fundamentalne braki nie wskazują, że filologowie klasyczni nie w pełni realizują swoje „powinności wobec kultury narodowej”?

Dodam też, że niejeden z akademików deklarujących bunt przeciwko dyktatowi obcych kultur i języków, w życiu nie opublikował tekstu poświęconego polskiemu twórcy kultury. Skąd bierze się co najmniej dziwaczne przekonanie, że językiem stworzonym do pisania o Homerze albo Heideggerze jest polszczyzna, a wspólnotą uczonych przeznaczonych do studiowania tych autorów jest odizolowany od świata polski uniwersytet? Naturalnie, potrzebujemy tłumaczeń w językach lokalnych, a także podręczników i omówień. Natomiast prace prezentujące wyniki nowych badań, o ile są one istotne i twórcze, mogą i powinny być publikowane w pismach o międzynarodowym zasięgu.

Można mnożyć przykłady świadczące o tym, że w polskim uniwersytecie nie dzieje się najlepiej. Moim zdaniem umiędzynarodowienie i parametryzacja to środki, które – rozsądnie stosowane – dają szansę na poprawę sytuacji. I choć nie każdy musi się z tym przekonaniem w całości zgadzać, zaprzeczanie oczywistej diagnozie, że polskie uczelnie wymagają naprawy, jest działaniem nie tylko nieskutecznym, ale wręcz szkodliwym. Jeśli sami się nie zreformujemy – zreformują nas inni. Po swojemu, nie pytając nikogo o zdanie.

Contact Us

We're not around right now. But you can send us an email and we'll get back to you, asap.