Umiędzynarodowienie uczelni – uwagi po IX. Kongresie Obywatelskim

Home / Analizy / Finansowanie nauki w Polsce / Umiędzynarodowienie uczelni – uwagi po IX. Kongresie Obywatelskim

Umiędzynarodowienie uczelni – uwagi po IX. Kongresie Obywatelskim

25 października odbył się w Warszawie kolejny Kongres Obywatelski. Sporo ciekawych wystąpień i dużo pozytywnego przekazu. Wśród sesji tematycznych jedna – szczególnie istotna dla szkolnictwa wyższego, pod tytułem: „Umiędzynarodowienie uczelni – jak to zrobić dobrze?”.

Wśród występujących: prof. Iwona Hofman (UMCS), prof. Witold Bielecki (Akademia Leona Koźmińskiego), prof. Paweł Boski (SWPS), prof. Henryk Krawczyk (PG), i dr Emanuel Kulczycki (UAM) oraz minister Olgierd Dziekoński (Kancelaria Prezydenta RP).

Ogólny przekaz sesji miał być pozytywny – „robimy sporo, będzie dobrze”. Do miodu płynącego z ust rektorów, łyżkę dziegciu dodał min. Dziekoński wskazując, że pomimo trzykrotnego wzrostu liczby studentów zagranicznych w ciągu ostatnich lat, ich liczba nadal nieznacznie jedynie przekracza 2%, przy ponad 10% w Niemczech. Emanuel Kulczycki, jako jedyny wśród prelegentów zwrócił uwagę na znaczenie umiędzynarodowienia kadry naukowej w Polsce.

Poniższe uwagi nie mają charakteru systematycznej relacji z sesji, lecz są subiektywnym do niej komentarzem.

Po co umiędzynarodowienie?

Najczęściej rozumie się to – i nawet się tego nie skrywa – jako formę pozyskiwania studentów, których brakuje na polskim rynku. Skoro mamy niż, to poszukajmy sobie studentów zagranicą. Oni zapłacą za swoją edukację, co – choć jest droższe – zrekompensuje uczelniom spadek liczby studiujących Polaków. Niby prawda, ale jakoś brzmi niepokojąco. Czyżby za postulatem umiędzynaradawiania nie kryło się nic więcej? A przecież przyciąganie studentów z zagranicy może – choć nie jestem pewien czy jest tak obecnie – przysłużyć się nam znacznie bardziej, niż tylko jako źródło pieniędzy w systemie.

Rywalizowanie o zagranicznych studentów może wpływać na podnoszenie jakości edukacji akademickiej. Może, choć trudno uznać, że jest tak teraz, skoro nadal najczęstszą motywacją wyboru Polski, jako kraju studiów, jest relacja jakości edukacji do kosztów utrzymania i kosztów samych studiów, a nie wysoka marka polskich uczelni.

Studenci z zagranicy wpływają na swych polskich kolegów i koleżanki samą swoją obecnością. Polacy dzięki obcokrajowcom poznają ich kultury i odmienności. Analogiczne korzyści dla rozwoju młodzieży mają staże i praktyki w programie Erasmus (obecnie Erasmus +). Nowa skala dostępności studiów w innych krajach zrobiła swoje: nasi studenci nie mają już takich kompleksów wobec Zachodu, jakie obserwowaliśmy jeszcze dwadzieścia lat temu.

Czasami studenci-obcokrajowcy przydają się nam również, jako miernik jakości polskich studentów. Czy nie jest tak, że narzekając na poziom naszych maturzystów, ugryziemy się w język po rozmowie z kilkoma przyjezdnymi? Oczywiście nie chcę powiedzieć, że wszyscy polscy studenci są znakomici i świetnie sobie dają radę na uczelniach. Z pewnością jednak najlepsi polscy studenci znacznie wyróżniają się na tle swoich zagranicznych kolegów. Nie jest to oczywiście nasza zasługa: najlepsi zagraniczni studenci studiują nie w Polsce, lecz na bardziej prestiżowych uczelniach, w USA albo Wielkiej Brytanii.

Uderza jednak, że mówienie o pozyskiwaniu zagranicznych studentów przez nasze uczelnie ujmowane jest wyłącznie przez pryzmat potrzeb tych właśnie uczelni. A przecież uczelnie nie istnieją same dla siebie. Mają przecież – zwłaszcza te publiczne – powinności wobec społeczeństwa. A przecież owe powinności mogą być realizowane poprzez umiędzynaradawianie uczelni. W ciągu nadchodzących dziesięcioleci będziemy musieli zmierzyć się w Polsce z ogromnym tąpnięciem demograficznym, którego efekty będą znacznie poważniejsze niż dzisiejszy niż demograficzny dla uczelni. W Polsce brakować będzie rąk do pracy. Może właśnie teraz należałoby systemowo wspierać uczelnie, by te skutecznie przyciągały obcokrajowców, ale nie tylko by ich kształcić i zarabiać na czesnym, lecz przyczyniać się do ich polonizacji. Dobrze wyszkolony – bo przecież na naszej doskonałej uczelni – cudzoziemiec, może efektywnie akulturować się w polskim społeczeństwie, przyczyniając się o do budowy naszego PKB. Może to dzisiejsi studenci-obcokrajowcy za kilkadziesiąt lat staną się bezcenną częścią kadr w polskich szpitalach, szkołach i biurach?

Wiemy, że umiędzynaradawianie napotyka na liczne bariery. Nie ma jednak powodu, by wywarzać otwarte drzwi. Wiele zostało już powiedziane i określono obszary naszej słabości i wskazano sposoby ich rozwijania. (Szczegóły np. w dziale ‘Rekomendacja’ na stronie www.uniwersytetponadgranicami.pl).

Umiędzynarodowienie kadry. Istotne wyzwanie.

Choć zwraca uwagę brak zasadniczych pytań o sens i istotę postulatu umiędzynarodowienia polskich uczelni, sprawa jest prosta, gdy mówimy o studentach. To poruszenie tematu umiędzynaradawiania uczelni w zakresie kadry naukowej od razu napotyka na opory i wywołuje zgrzyty. A może to jest właśnie ten typ działań, który może znacząco pomóc w podnoszeniu poziomu nauki w Polsce?

Przez umiędzynarodowienie kadry naukowej w Polsce można rozumieć zarówno dopuszczenie do stanowisk związanych z nauką obcokrajowców, jak i Polaków, którzy mają za sobą studia, doktorat lub znaczący staż pracy w zagranicznych instytucjach. Nie należy bowiem fetyszyzować twierdząc, że wystarczy obcy paszport, by mieć pewność, iż mamy do czynienia z geniuszem naukowym. Pracujący zagranicą Polacy mogą w takim samy stopniu, jak cudzoziemcy, przyczynić się do poprawy nauki w Polsce. Nie chodzi bowiem wyłącznie o włączenie w nasz system nauki i uniwersytetów osób nie mówiących po Polsku, lecz głównie chodzi o pozyskanie osób, mających inne doświadczenia, znających inne tradycje badawcze i wyrastających z odmiennych uwarunkowań naukowych. Przedstawiciele polonii mogą być tak samo cenni, jak ich cudzoziemscy koledzy.

Otwarcie naszych uczelni i instytucji naukowych na badaczy z zagranicy mogłoby mieć dobry wpływ na nasze realia naukowe. Po pierwsze, zbliżyłoby nas do innych ośrodków naukowych poprzez bliższe kontakty, przepływ wiedzy i doświadczeń oraz wzajemne poznanie. Jeden przyjezdny jest poza tym „tańszy”, niż staże zagraniczne wielu Polaków (pisałem o tym na łamach Dziennika. Gazety Prawnej [24.04.2013]). Po drugie, otwarcie na badaczy z zagranicy oznaczać musi realną konkurencję o miejsca pracy, a zatem – przynajmniej w teorii – podnoszenie poziomu przez wybór najlepszych. W Polsce cierpimy na skostniały system, który w dużej części opiera się na promowaniu własnych, a niekiedy słabszych od siebie, by ci nie zagrozili naszym karierom. Jeśli realnie myślimy o dopuszczenie do polskich uczelni badaczy z zewnątrz, konkursy musiałby być w pełni merytoryczne, a ich procedury transparentne.

Patologią byłoby jednak podnoszenie standardów wyłącznie dla przyjezdnych, gwarantowanie im lepszych warunków pracy niż te, którymi dysponują normalni polscy badacze. Takie rozróżnienie prowadziłoby do patologii. Gdy my aplikujemy o stanowisko na Zachodzie, nie oczekujemy na ogół lepszych warunków niż oferowane badaczom rodzimym. Obcokrajowcy przyjadą zatem i do nas, gdy podejmiemy działania świadczące o tym, że istotnie chcemy ich do Polski pozyskać i gdy zaoferujemy im, oraz nam samym, warunki istotnie konkurencyjne do tych w innych krajach. A na to przyjdzie nam – niestety – jeszcze trochę poczekać.

Może jest to banał, ale pamiętajmy, że warunki pracy to nie tylko wysokość pensji. Na warunki pracy składa się wiele czynników. Jest to zatem zarówno pensja, jak i warunki socjalne (ubezpieczenie zdrowotne, szkoła, przedszkole dla dzieci i wsparcie w poszukiwaniu zajęcia przez partnera), warsztat pracy – infrastruktura dydaktyczna i badawcza, sposób zarządzania, efektywność obsługi administracyjnej (to jest ważniejsze niż się może wielu wydawać: burkliwa urzędniczka lub antypatyczny bibliotekarz są w stanie zrazić każdego, podczas gdy życzliwe i empatyczne wsparcie pozwala uczynić życie prostszym) oraz atmosfera w zespole (czy sądzimy, że przyjadą tu badacze, by tkwić w zespołach, gdzie nieufni wzajemnie koledzy rywalizują na śmierć i życie – o granty lub etaty – nie ze współpracownikiem lecz z konkurentem?). Warunków pracy dopełniają również wartości dodane, w postaci przyjaznego miasta, czystej i bezpiecznej okolicy, dobrej oferty kulturalnej.

Aby doczekać się istotnego umiędzynarodowienia kadr na polskich uczelniach konieczna jest zatem znaczna poprawa oferowanych warunków pracy oraz głębokie zmiany mentalności kadry naukowej. To pierwsze wiadomo jak zrobić – wystarczy mieć odpowiednio duży budżet. Z tym drugim może być trudniej.

29.10.2014     Łukasz Niesiołowski-Spano

Contact Us

We're not around right now. But you can send us an email and we'll get back to you, asap.