Nic nie widziałem, nic nie słyszałem, nic nie powiem, czyli plagiaty w polskiej nauce i szkolnictwie wyższym (raport NIK „Ochrona praw autorskich w pracach dyplomowych”)

Home / Dobre Praktyki / Nic nie widziałem, nic nie słyszałem, nic nie powiem, czyli plagiaty w polskiej nauce i szkolnictwie wyższym (raport NIK „Ochrona praw autorskich w pracach dyplomowych”)

Nic nie widziałem, nic nie słyszałem, nic nie powiem, czyli plagiaty w polskiej nauce i szkolnictwie wyższym (raport NIK „Ochrona praw autorskich w pracach dyplomowych”)

4 lutego 2015 r. na posiedzeniu podkomisji sejmowych ds. ekonomiki edukacji i nauki i ds. nauki i szkolnictwa wyższego odbyła się nader ciekawa debata. Jej przedmiotem był raport przygotowany przez NIK „Ochrona praw autorskich w pracach dyplomowych w szkołach wyższych”, dotyczący zjawiska plagiaryzmu. Raport jest dostępny, nie ma więc sensu go tu streszczać. Ale uprzedzam – lektura to przygnębiająca. Pobieżne choćby przejrzenie wyników badania NIK pokazuje wyraźnie to, o czym w dyskusjach o plagiatach na różnych forach mówimy od dawna. To nie najdoskonalszy nawet program antyplagiatowy, nie najbardziej szczegółowe uregulowanie prawne może ograniczyć to zjawisko. Nie zniknie ono, dopóki nie nastąpi głęboka autorefleksja samego środowiska naukowego nad zasadami etycznego postępowania. A o tę refleksję trudno. Wydaje się wręcz, że problem ten jest mniej lub bardziej świadomie marginalizowany (czy jak kto woli: bagatelizowany, wstydliwie przemilczany, wypierany ze świadomości).

Plagiaty – problem, którego nie ma?

Jedną z przyczyn tego stanu rzeczy jest stosowanie podwójnych standardów etycznych: innych dla studentów, innych dla przedstawicieli nauki. Banalizuje się często plagiaryzm studencki, traktując studentów pobłażliwie i deprecjonując twórczy charakter pracy, którą mają wykonać. Skoro promotor sam sugeruje studentowi, że to, co student przygotowuje i co stanie się podstawą do uzyskania przez niego tytułu zawodowego, jest swego rodzaju fikcją, jak można wymagać, by student traktował swą pracę odpowiedzialnie i uczciwie? A przecież studenci widzą problem i domagają się podjęcia działań zapobiegawczych, o czym dobitnie mówił na posiedzeniu przedstawiciel parlamentu studentów RP.
Nasuwa się smutne spostrzeżenie, że wśród części środowiska naukowego niedostateczna jest świadomość tego, czym jest plagiat i na czym polega poszanowanie cudzych praw autorskich. Nie powinno być przecież tak, jak otwarcie i bez zażenowania przyznał jeden z uczestników posiedzenia, profesor zwyczajny i poseł na sejm: można studentowi powiedzieć, że nie ma niczego zdrożnego w tym, iż czerpie swobodnie z cudzego dorobku, byleby go przetworzył na tyle, żeby nie dało się zarzutu plagiatu postawić; na wszelki wypadek dobrze byłoby też przepuścić pracę przez program antyplagiatowy przed jej złożeniem, by sprawdzić, czy dostatecznie dobrze cudze treści zostały zmienione. Wbrew tej opinii, to będzie plagiat, jak pokrętnymi słowami by takiego postępowania nie uzasadniać. I nie ma różnicy, czy praktyk takich dopuszcza się piszący magisterium student za przyzwoleniem promotora, czy samodzielny pracownik naukowy pomnażający swój dorobek. Ten student zresztą też kiedyś być może będzie profesorem. Czego nauczy się u progu kariery, to poniesie dalej. Studenta, doktoranta, doktora i profesora obowiązują dokładnie te same zasady etyczne. To prawda, że studentowi trudniej przychodzi napisać rzecz oryginalną – nie chodzi jednak o to, by w każdej pracy studenckiej znajdować nowe odkrycie, lecz by uczyć, że bez względu na to, czy jesteś skromnym licencjatem, czy sławnym profesorem, masz obowiązek samodzielnie i krytycznie myśleć, a jednocześnie szanować myśl cudzą. Że nie każdy jest do tego zdolny? Ależ nie każdy musi mieć licencjat, magisterium, doktorat, habilitację czy profesurę. Uniwersytet ma być miejscem kształtowania postaw, nie tylko przyznawania dyplomów i stopni naukowych.
Oczywiste? To dlaczego mamy z tym problem? Dlaczego postępowania sądowe dotyczące oczywistych plagiatów kończą się umorzeniem sprawy ze względu na znikomą szkodliwość społeczną czynu? Dlaczego ten, kto wskazuje plagiatora, spotyka się z ostracyzmem środowiska, a czasem z groźbą procesu, a dla plagiatora szuka się – często absurdalnych – usprawiedliwień? Powstają kolejne kodeksy etyczne i co? I nic.
Potrzeba dziś pilnie stworzenia na uczelniach jasnych i precyzyjnych procedur postępowania w przypadku podejrzenia plagiatu i konsekwentnego ich egzekwowania, na każdym stopniu kształcenia i etapie pracy naukowej. Działania te będą skuteczne tylko pod warunkiem, że plagiator – od studenta po profesora, bez wyjątku – będzie się spotykać nieuchronnie z potępieniem otoczenia. Wbrew opinii MNiSW, nie jest rozwiązaniem powołanie ministerialnego konwentu rzeczników dyscyplinarnych – powstanie tego ciała może co najwyżej zwiększyć frustrację środowiska, broniącego się przed utratą autonomii. Nie rozwiążą sprawy najdoskonalsze i najdroższe programy antyplagiatowe, które są przecież tylko ślepym narzędziem w rękach ludzi. Dopóki w środowisku naukowym wobec plagiatorów będzie dominować postawa trzech mądrych małpek, nic się nie zmieni.

Promotor – mistrz czy wyrobnik?

Jeden z punktów diagnozy wielokrotnie powtarzali uczestnicy posiedzenia: nadmiar studentów, zbyt mała liczba pracowników naukowych. Jeśli, jak wykazał NIK, na niektórych wydziałach na jednego pracownika może przypadać rocznie ponad 100 prac studenckich, a w ciągu 7 godzin można przeprowadzić 37 egzaminów dyplomowych, to nadzór nad procesem powstawania tych prac jest czystą iluzją. I nic dziwnego, że pracę licencjacką czy magisterską można zamówić, kupić czy bezczelnie ukraść i zupełnie spokojnie obronić jako własną. Prawdopodobieństwo, że fakt ten nigdy nie wyjdzie na jaw, jest znaczne. Głęboko poruszyły i zawstydziły mnie słowa profesora uniwersytetu, który podczas debaty tłumaczył przypadki pisania prac magisterskich na zamówienie przez pracowników naukowych uczelni ich mizerią finansową. To prawda, że pensje pracowników nauki są żenująco niskie, ale czy usprawiedliwiać to ma łamanie podstawowych zasad etycznych, łamanie prawa? Jakie są tego skutki społeczne? Sądzę, że najgroźniejsze jest wykształcanie w absolwentach akceptacji dla bylejakości, dla etycznego relatywizmu i lekceważenia wartości pracy intelektualnej. A potem oburzamy się, że wizerunek nauki i naukowców jest tak zły. Część winy ponosimy sami.
Uczestnicy spotkania w sejmie często podnosili zalety relacji mistrz-uczeń w procesie kształcenia akademickiego. Tylko jakoś umknęło w dyskusji, że relacja mistrz-uczeń bardzo się ostatnio zdewaluowała. Bo czymże, w opinii reformatorów nauki, jest owa relacja? Przedstawiana bywa jako relikt feudalnych stosunków, prowadząca do chowu wsobnego na uczelniach, przejaw lokalnego elitaryzmu. Słuszne wskazanie patologii? Nie neguję, że można wskazać ciemne strony tego układu. Warto jednak zauważyć, że w naszym systemie owa elitarność sprowadzana jest ostatnio często do „małej liczby” (biorę to wyrażenie w cudzysłów z pełną świadomością) seminarzystów przypadająca na jednego promotora i traktowana jako świadectwo braku poszanowania dla rachunku ekonomicznego i marnowanie publicznych pieniędzy.
Gdzieniegdzie przetrwał jeszcze klasyczny model seminarium, na którym profesor pracuje z kilkuosobową grupą seminarzystów – każdego z nich zna, każdego może odpowiedzialnie ocenić, każdemu może poświęcić czas na kolejnych etapach pracy. Przetrwał, ale czy przetrwa w przyszłości? Słyszymy wszak, że seminarium pięcioosobowe to fanaberia, z którą należy jak najszybciej skończyć, bo się nie opłaca, a nawet, że to próba oszustwa. Dlaczego oszustwa? Ano dlatego, że uniwersytet (czyt. budżet) nie będzie płacił zbędnym pracownikom, którzy prowadzą tak małe grupy najwyraźniej tylko po to, by wyrobić pensum i udowodnić swą przydatność. W myśl tej logiki, raport NIK powinien być uznany za świadectwo sukcesu polskiej nauki – jeden pracownik, 100 dyplomantów. Wydajność iście stachanowska. Niedawno żartowaliśmy sobie gorzko, że dobrze byłoby powiesić w zakładach tablice, na których będziemy wykazywać procent wyrobienia normy – ile profesor wypuścił magistrantów, ile punktów „natłukliśmy” w ciągu roku. Nagle okazało się, że rzeczywistość tego marnego żartu stała się naszą codziennością: system POLON już dziś pozwala urzędnikowi ministerialnemu jednym kliknięciem myszy sprawdzić, czy prof. X w instytucie Y nie oszukuje, prowadząc seminarium dla 4 osób zamiast obowiązkowych 5. Czy prowadzi je dobrze – a to już nikogo tak naprawdę nie obchodzi. Normy prof. X nie wyrobił. I zaczynają się kłopoty. Ostatnio MNiSW wprowadziło zmiany, mające promować dostępność pracownika dla studenta, czyli właśnie zmniejszenie grup. Ma to być jeden z punktów branych pod uwagę przy ocenie jednostek naukowych i wliczanych do algorytmu naliczania dotacji. Cóż, kiedy dolne limity liczebności grup na uczelniach jak były, tak są. Skoro można w ten sposób zaoszczędzić, to czemuż tego nie robić? I znów rzeczywistość skrzeczy. Przyglądam się temu i myślę z pokorą, czy może faktycznie mamy jednak za dużo pracowników naukowych? Cóż, zważywszy, że mniej naukowców na tysiąc pracujących mają w Europie tylko Łotwa i Rumunia, chyba nie mamy sobie czego gratulować.
Powyższe gorzkie refleksje nie dotyczą wszystkich uczelni w Polsce, mam nadzieję, że dotyczą ich znikomej mniejszości. Wierzę też, że patologie opisane raporcie NIK zostaną szybko wyeliminowane. Jaka jednak nie byłaby skala tego zjawiska, ono jest obecne w życiu środowisk akademickich i nie zniknie tylko dlatego, że zamknęliśmy oczy.

Aneta Pieniądz

Obywatele Nauki

Contact Us

We're not around right now. But you can send us an email and we'll get back to you, asap.