Płonące opony wokół Uniwersytetu – tekst Ł. Niesiołowskiego-Spano z GW.

Home / Analizy / Finansowanie nauki w Polsce / Płonące opony wokół Uniwersytetu – tekst Ł. Niesiołowskiego-Spano z GW.

Płonące opony wokół Uniwersytetu – tekst Ł. Niesiołowskiego-Spano z GW.

Poniżej publikujemy preprint artykułu, który ukazał się w internetowej wersji Gazety Wyborczej 28.02.2015 (wyborcza.pl).

 

Łukasz Niesiołowski-Spanò

Płonące opony wokół Uniwersytetu

Górnicy zjadą pod ziemię i tam prowadzić będą strajk w obronie swoich miejsc pracy i dodatków socjalnych, rolnicy zatrzymają ruch na drogach tarasując przejazd traktorami, przedstawiciele innych branż zorganizują przemarsz ulicami Warszawy, uatrakcyjniając swój protest paleniem opon lub rzucaniem ciężkimi przedmiotami w budynki rządowe. Wszyscy znamy te obrazki. Poziom hałasu każdego protestu wpływa na zainteresowanie mediów. Uniwersytet nie przyciągnie uwagi mediów swoim protestem, bo byłby cichy i bardzo mało medialny. A protest Uniwersytetu jest konieczny i to nie tyle w interesie samego Uniwersytetu, lecz w interesie nas wszystkich.

Środowisko akademickie w Polsce nie jest skore do głośnych protestów. Po części wynika to z jego atomizacji oraz rozbieżnych interesów, lub częściej – mylnego przekonania o rozbieżności tych interesów. Najlepszym tego przykładem jest bunt humanistów, nie wsparty przez przedstawicieli innych dziedzin wiedzy. Brak gotowości do strajku wynika też z poczucia odpowiedzialności. Strajkować? Kosztem studentów? A także marazmu i pesymizmu grupy przyzwyczajonej do marginalnej roli w społeczeństwie. Protestować? Przecież to i tak nic nie da…

Rola Uniwersytetu jest jednak na tyle ważna dla całego społeczeństwa, że o jego miejsce powinni upominać się nie tylko jego pracownicy. O miejsce Uniwersytetu winniśmy zabiegać wszyscy, bo od jego jakości zależy więcej, niż może się na pozór wydawać.

Nauka

Wśród deklaracji premier Ewy Kopacz złożonych w exposé padła deklaracja sukcesywnego wzrostu nakładów na naukę, by do 2020 roku osiągnęły poziom 2 % PKB. Dziś nakłady te wynoszą około 0,4 % PKB. By dotrzymać deklaracji rządu, publiczne i prywatne nakłady na badania naukowe winny w ciągu pięciu lat wzrosnąć pięciokrotnie. Po takim wzroście znajdziemy się i tak w środku stawki krajów europejskich, a nie w jej czołówce. Ekonomiście przy tym argumentują, że gospodarka długofalowo zyskuje z inwestycji w badania naukowe, gdy ich wysokość przekracza poziom 1 % PKB. Inwestycje poniżej tej wartości to jakby utopione fundusze, gdyż nie osiąga się poziomu, od którego gospodarka zaczyna dyskontować swe wcześniejsze inwestycje.

Konieczność podniesienia nakładów na badania naukowe łatwo wyjaśnić i przekonać do niego podatników. Dzięki badaczom będziemy mieli nowe i skuteczniejsze leki, oszczędniejsze i zdrowsze urządzenia. Dzięki nauce nasze życie staje się lepsze. Warto zatem w to inwestować! Duża część tych nakładów powinna trafić na uniwersytety, by te nie tylko dobrze pełniły swą funkcję jako centrów badań naukowych, lecz również jako ośrodki intelektualne.

Uniwersytet jako kuźnia kadr

Jest wiele argumentów, które można przywoływać przekonując o potrzebie wzmocnienia roli Uniwersytetu i poprawy jakości jego działania. Dwa z nich – co zaskakujące – są zbyt rzadko używane.

Debata publiczna w Polsce w ogromnej mierze zdominowana jest przez trzy grupy: polityków i ekonomistów oraz tzw. celebrytów. Celebrytów zostawmy na boku, bo ich sukces medialny świadczy tylko o słabości mediów. Na każdy niemal temat wypowiadają się politycy oraz technokraci – specjaliści od ekonomii. Władza i gospodarka to przecież tak ważne aspekty naszego życia, że ich przedstawiciele na pewno mówią mądrze… Czyżby? Dlaczego zdanie polityka jest ważniejsze (ciekawsze?), niż zdanie artysty lub naukowca? Właśnie nikła obecność ludzi Uniwersytetu w debacie publicznej źle wpływa na jej poziom.

Prawdą jest, że uczeni nie zabiegają o obecność w mediach. Bardzo często nie potrafią mówić w sposób zrozumiały dla zwykłych ludzi. Wielu nie widzi sensu w strzępieniu języka, skoro i tak wyważony głos naukowca nie przebija się przez płytkie, ale jednoznaczne głosy polityków lub ignorantów gwiazd mediów.

Nieobecność ludzi nauki w debacie publicznej w dużej mierze wynika z tradycyjnie antyinteligenckiego nastawienia części społeczeństwa. Postawa ta syci się narracją o „wykształciuchach”, „Warszawce” oraz bezużyteczności niektórych kierunków studiów. Z drugiej strony, samo środowisko wykazuje postawy lękowe i się od świata izoluje. Uniwersytet zamknął się w sobie, zajmując się wyłącznie szukaniem sposobu na przetrwanie. Funkcjonuje bowiem w rzeczywistości trwałego niedoboru, co tłumaczy zarówno liczne nieprawidłowości wrośnięte w codzienność Uniwersytetu, jak i jego lęk przed zmianami i światem zewnętrznym.

Uniwersytet trzeba wspierać, by elita intelektualna kraju mogła czynnie włączać się w publiczną debatę. Głos naukowców, wyważony, skoncentrowany na problemie, a nie osobie rozmówcy ma łagodzący wpływ na formę i treść debaty.

Uniwersytet może być centrum debaty dla wspólnot lokalnych. Jeśli nie będzie traktowany jako szkoła zobowiązana wyszkolić studentów do konkretnego zawodu, może formować studentów, jako przyszłych obywateli świadomie uczestniczących we wspólnocie swego miasta, województwa, kraju czy szerzej – Europy.

Uniwersytet również źle wypełnia inną z najważniejszych swych funkcji – źle kształci przyszłych nauczycieli. Uczelnie publiczne funkcjonują zgodnie z finansową logiką przedsiębiorstwa. Muszą rozważnie – co oczywiście jest słuszne – gospodarować pieniędzmi, jakie mają do dyspozycji. Problem w tym, że pieniędzy uczelnie mają mało. Jedynie największe, które w mniejszym stopniu odczuły skutki niżu demograficznego, i które najskuteczniej pozyskują fundusze z grantów na badania zachowują względną płynność finansową. Inne oszczędzają na czym tylko się daje. Widać to np. w powszechnym wyprzedawaniu przez uczelnie zbędnych nieruchomości. Najprościej jednak oszczędzać na ludziach i jakości kształcenia. Gdy tylko można zleca się zajęcia zamiast zatrudniać na etat, a w miejsce drogich, ale efektywnych małych grup ćwiczeniowych, organizuje się zajęcia dla dużych grup. Skuteczność przekazu wiedzy w grupie przekraczającej kilkanaście osób jest znacznie mniejsza niż małej grupy. Jest jednak zdecydowanie tańsza.

Władze z resztą sankcjonują ten stan rzeczy, mówiąc że autonomiczne uczelni muszą same gospodarować swoimi zasobami. No tak, ale skoro kołdra jest krótka pod nóż najpierw idzie jakość kształcenia. A dlaczego? Otóż dlatego, że uczelnie, aby zapewnić sobie większe przychody muszą inwestować w badania naukowe oraz obniżać wymagania stawiane studentom. Efekty badań naukowych stają się bowiem – co słuszne – coraz ważniejszym czynnikiem wpływającym na wysokość publicznych dotacji dla uczelni. Inwestycje w badania polegają często na presji wywieranej na pracowników, by ci więcej publikowali. W naszym systemie bowiem jakość pracy badawczej ustala się liczbą publikacji, a nie ich jakością (to nie żart, taki parametr zapisano w rządowych dokumentów strategii rozwoju kraju).

Obniżanie wymagań stawianych studentom widać w masowym znoszeniu egzaminów wstępnych. Są na przykład uczelnie, i to bynajmniej nie słabe na prowincji, ale np. prestiżowy Uniwersytet Jagielloński, które od kandydatów na kierunek historia przestały wymagać zdania matury z tego przedmiotu. Przyczyna jest jasna – stale spadająca liczba maturzystów wybierających historię na maturze, zatem pozostawienie tego wymogu, zmniejszyłoby liczbę kandydatów na studia. Przyjmuje się na studia niemal każdego kto się zgłosi, nawet maturzystów z wynikiem 30% na maturze. W niedawnej jeszcze rzeczywistości 30% punktów oznaczałaby ocenę niedostateczną. Dziś jest to wystarczająca liczba, by bezpłatnie studiować na publicznej uczelni. Zapytać tylko warto, czy na pewno tak właśnie warto inwestować pieniądze podatnika.

Dodatkowym problemem jest systematyczne wyprowadzanie specjalizacji nauczycielskich z wydziałów, na których prowadzi się badania naukowe, na wydziały pedagogiczne. Dla „podnoszenia wydajności” i w celu racjonalizacji wydatków komasuje się grupy przyszłych nauczycieli, oddalając je niestety od miejsc, gdzie prowadzi się prawdziwe badania naukowe. W ten sposób przekazujemy nauczycielom wiedzę z zakresu pedagogiki i dydaktyki, by umieli odtwarzać wiedzę, zamiast uczestniczyć w jej tworzeniu. To samo zjawisko widać również na wydziałach zachowujących u siebie specjalizacje nauczycielskie. Wydziałowa arystokracja to studenci prowadzący badania, zdobywający granty i uczestniczący w konferencjach naukowych. Przyszli nauczyciele, od których wymaga się dziesiątek godzin specjalistycznych zajęć i czasochłonnych praktyk w szkole to wydziałowi parweniusze.

Uniwersytet musi uznać za swój priorytet skuteczne, nowoczesne i zróżnicowane kształcenie ludzi, którzy trafią do szkół. W tej chwili, uczelnie marginalizują specjalności nauczycielskie, a ofertę dydaktyczną dla przyszłych nauczycieli trudno uznać za nowoczesną. Potrzeba tu daleko idących zmian. Uniwersytet musi przemyśleć swoje związki z całym procesem edukacji. Działania te muszą objąć zarówno szkołę, proces doskonalenia zawodowego aktywnych zawodowo nauczycieli, jak i same zasady kształcenia przyszłych belfrów.

Uniwersytet można tu zmienić. Państwo ma narzędzia, by właśnie kształcenie nauczycieli znalazło się w centrum zainteresowania. Może to się dokonać nie kosztem, lecz równocześnie z podnoszeniem poziomu badań naukowych. Dobry nauczyciel ma być przecież twórczym i innowacyjnym propagatorem wiedzy i ciekawości świata, a tego uczy się poprzez czynne prowadzenie badań. Taki rozwój Uniwersytetu jest w interesie nas wszystkich, bo od efektu pracy uczelni zależeć będzie edukacja naszych dzieci, a w efekcie ich przyszłe sukcesy.

Nie czekajmy na dym płonących opon wokół uniwersyteckich campusów. Wspierajmy wszelkie działania, które wzmocnią Uniwersytet. To się opłaci.

dr hab. Łukasz Niesiołowski-Spanò – historyk starożytności, pracuje w Instytucie Historycznym UW. Jest jednym z założycieli ruchu społecznego „Obywatele nauki”.

Contact Us

We're not around right now. But you can send us an email and we'll get back to you, asap.