O trudnej współpracy między biznesem i nauką, czyli dlaczego katalizator powinien pokonać „Wiedźmina”

Home / Analizy / O trudnej współpracy między biznesem i nauką, czyli dlaczego katalizator powinien pokonać „Wiedźmina”

O trudnej współpracy między biznesem i nauką, czyli dlaczego katalizator powinien pokonać „Wiedźmina”

21 września b.r. z inicjatywy redakcji „Dziennika Gazety Prawnej” odbyła się debata nt. relacji między nauką a gospodarką, z udziałem przedstawicieli biznesu oraz wiceministra nauki i szkolnictwa wyższego Piotra Dardzińskiego. ON reprezentowali prof. Wojciech Bal i dr Krzysztof Drabikowski z Instytutu Biochemii i Biofizyki PAN. A oto ich przemyślenia, na marginesie owej debaty.

W czasie debaty byliśmy zgodni co do deficytu zaufania i problemów komunikacyjnych pomiędzy biznesem i światem nauki. Po debacie, analizując jej przebieg, doszliśmy jednak do wniosku, że istotnym wnioskiem, który nie został chyba sformułowany z dostateczną jasnością, jest niedostateczna komunikacja również między naukowcami a decydentami politycznymi. Ci ostatni zostali, zdaje się, przekonani przez biznes informatyczny, że gry komputerowe to nowoczesna technologia i że Wiedźmin, no może w polskim supersamochodzie, odmieni losy polskiej gospodarki. Możemy tylko ze smutkiem zauważyć, że politycy, wszelkiej maści i autoramentu, a mówiąc językiem chwili „wszystkich opcji”, zasadniczo nie rozumieją otaczającego ich świata. Wyjątkiem na skalę światową pod tym względem jest Angela Merkel, której wielką zaletą i przewagą nad innymi jest prawdziwy doktorat z chemii fizycznej. Do Niemiec wrócimy poniżej. Wracając na grunt ojczysty, jasne się staje, że potrzebne jest wytłumaczenie polskim politykom, jakie wyzwania stają przed współczesnym światem. To samo dotyczy kręgów biznesu. Pan Minister sugerował kursy biznesu dla naukowców. Z pewnością nie zaszkodzą. Z drugiej strony jednak, jako naukowcy próbujący zainteresować biznes swoimi odkryciami i je skomercjalizować, widzimy istnienie problemu odwrotnego. Nie tyle naukowcy nie rozumieją biznesu – żyjąc w realnym świecie mają z nim nieustanny kontakt, ile przedstawiciele biznesu nie rozumieją natury odkryć i wynalazków, a także ścieżek, które do nich prowadzą. Dokonanie odkryć prowadzących do wynalazków wymaga głębokiej, specjalistycznej wiedzy i nawet naukowcy z innych dziedzin mogą mieć trudności w zrozumieniu ich istoty. Co dopiero biznesmen czy też inwestor finansowy, którego edukacja w dziedzinie nauk fizycznych czy przyrodniczych zakończyła się w najlepszym razie w liceum. Jak biznesmen ma się zainteresować odkryciem, rzetelnie i uczciwie je wycenić, jeśli go nie rozumie? Zrozumie, umownie rzecz ujmując, pokemony i dlatego w nie inwestuje. Zresztą nadchodząca „reforma” edukacji tę sytuację tylko pogorszy.

Gigantycznym deficytem polskiego życia społecznego jest brak powszechnej edukacji naukowej i brak inwestycji w ludzi, którzy mając doświadczenie w nauce, byliby w stanie wytłumaczyć istotę rzeczy szerokiej publiczności. A media, publiczne i prywatne, powinny wspierać taką edukację jako kluczowy element misji. Sytuacja jest taka, jak ją opisała królowa w „Alicji po drugiej stronie lustra”: żeby utrzymać się w miejscu musisz biec najszybciej, jak potrafisz, a jeśli chcesz gdziekolwiek dotrzeć, to musisz biec dwa razy szybciej. Tak właśnie jest z rozwojem nauki i szerzej, cywilizacji.

Mówiliśmy o innowacjach płytkich i głębokich, niestety pozostali uczestnicy debaty byli de facto po stronie „płytkiej”. Pozwolimy sobie na kilka brutalnych w swojej prostocie przykładów. Otóż snopowiązałka wraz ze sznurkiem do snopowiązałki stanowiła znaczącą innowację w wiązaniu snopków. Nowy splot sznurka nie jest już specjalną innowacją, ale warto go poszukiwać, jeśli w wyniku odpowiednich badań aplikacyjnych zmniejszy się zużycie nici do robienia tego sznurka. Tym niemniej nie jest to wielkie odkrycie, które przyniesie zmianę cywilizacyjną. Splot sznurka to algorytm, według którego splatane są nici. Nasz rozmówca z Intela z dumą mówił, że u niego w firmie wymyślane są nowe algorytmy. Epistemologicznie rzecz biorąc, nie ma różnicy w usprawnianiu algorytmów splatania sznurka i algorytmów przeszukiwania internetu. Komputer i programy komputerowe to były innowacje głębokie, robienie lepszych programów, bardziej lub mniej poważnych niż pokemony, to innowacje płytkie, potrzebne, lecz niewymagające dotacji z pieniędzy publicznych, co najwyżej sensownych kredytów.

Z tychże pieniędzy publicznych powinny być wspierane badania, które rokują jako źródło innowacji głębokich, a tym samym służą dobru wspólnemu. Takimi są badania podstawowe. Nie wiadomo z góry, co się wykluje, ale prawdziwe odkrycia, zmieniające świat biorą się z ciekawości naukowców i dlatego należy finansować badania podstawowe i to długofalowo. Przełożenie jest proste, im bardziej się je finansuje, tym więcej odkryć się pojawi. Nota bene, najpoważniejsze firmy globalne wiedzą to i finansują badania podstawowe w swoich laboratoriach, była zresztą o tym mowa podczas debaty. A z badań aplikacyjnych należy finansować te, które są prawdziwymi wyzwaniami cywilizacyjnymi. Na przykład produkowanie i składowanie energii bez zwiększania ilości CO2 w atmosferze, jak dajmy na to, nowe katalizatory, pozwalające zamieniać energię słoneczną na paliwa albo mikroelektrownie atomowe oparte na torze. Przykłady możemy mnożyć. Jeśli branża komputerowa, to komputery kwantowe, a nie pendrivy w nowych kształtkach.

Przykład wyzwań w branży medycznej: dwa spośród kilku wielkich wyzwań medycyny to choroby serca i choroby zakaźne, wywoływane przez bakterie lekooporne. Firmy farmaceutyczne zarabiają w sumie około 100 miliardów dolarów rocznie na lekach kardiologicznych i obniżających cholesterol. Jeśli dana firma wyda 5 miliardów na wymyślenie trochę lepszego leku, to wydatek się szybko zwróci z nawiązką, bo tak ukształtowany jest rynek. Każda firma farmaceutyczna przyjmie pomoc publiczną na nowe leki na choroby serca, tylko że i tak będzie je rozwijać, bo na tym zarobi. Z drugiej strony, firmy farmaceutyczne od lat nie inwestują w poszukiwanie nowych antybiotyków, bo uznały, że na tym nie zarobią – w istocie nie zarabiały zbyt wiele na nowych antybiotykach, dopóki nie narosło zjawisko lekooporności,. Teraz „nagle” pojawił się duży problem, zapowiadany przecież przez środowisko naukowe od wielu lat, bo patogenne mikroorganizmy nauczyły się w międzyczasie oporności na wszystkie klasy antybiotyków dotąd stosowane (i rozwijane w myśl zasad płytkiej innowacyjności, przez drobne i względnie tanie usprawnienia). Ponieważ problem bakterii chorobotwórczych opornych na wszystkie antybiotyki dopuszczone do terapii lada chwila eksploduje epidemią o średniowiecznych wymiarach, to warto wesprzeć zarówno te bogate firmy, żeby się tym zajęły, jak i naukę akademicką, zdolną do wygenerowania innowacji głębokiej, czyli w tym wypadku zupełnie nowych antybiotyków i/lub innych metod leczenia. Ale żeby mogli to zrozumieć, tak politycy, jak i biznesmeni powinni mieć rzetelną, nie sensacyjną i nie plotkarską wiedzę na ten temat.

Na koniec wróćmy do gospodarki niemieckiej, z jej nadwyżką budżetową i silnym wzrostem, która nie opiera się na internecie, programach komputerowych i pokemonach. Opiera się na przemyśle chemicznym, farmaceutycznym, samochodowym, odzieżowym, ciężkim… We wskaźniku giełdowym DAX 30 największych spółek giełdy frankfurckiej jest raptem jedna firma produkująca oprogramowanie, SAP, zresztą zajmująca się oprogramowaniem procesów produkcyjnych. Gospodarka amerykańska z facebookiem, googlem i pokemonami ma dramatyczny deficyt. Kogo należy naśladować?

Contact Us

We're not around right now. But you can send us an email and we'll get back to you, asap.