Wdrożeniowy demontaż habilitacji. ON wyjaśniają, dlaczego „habilitacja wdrożeniowa” w wersji zaproponowanej przez MNiSW nie jest dobrym pomysłem.

Home / Aktualności / Wdrożeniowy demontaż habilitacji. ON wyjaśniają, dlaczego „habilitacja wdrożeniowa” w wersji zaproponowanej przez MNiSW nie jest dobrym pomysłem.

Wdrożeniowy demontaż habilitacji. ON wyjaśniają, dlaczego „habilitacja wdrożeniowa” w wersji zaproponowanej przez MNiSW nie jest dobrym pomysłem.

Wdrożeniowy demontaż habilitacji

W ubiegłym tygodniu Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego przedstawiło projekt zmian prawnych, mających na celu pobudzenie współpracy środowiska naukowego z otoczeniem społeczno-gospodarczym. Prezentując założenia tych zmian 14 października, min. Piotr Dardziński skoncentrował się na koncepcji „doktoratów wdrożeniowych”. W gąszczu proponowanych szczegółowych rozwiązań prawnych nieuważnemu czytelnikowi mogłaby umknąć zasadnicza zmiana Ustawy o stopniach naukowych i tytule naukowym dotycząca habilitacji, którą Ministerstwo próbowało niejako „przy okazji” przeforsować (Art. 1, par 3 projektu). Zmiana ta oznacza de facto demontaż habilitacji.

Stopień doktora habilitowanego jest w Polsce najwyższym stopniem naukowym, a procedura habilitacyjna jako taka stanowi (a przynajmniej powinna stanowić) swoiste sito projakościowe na uczelniach i w instytutach. Ustawa o stopniach naukowych i tytule naukowym określa dokładnie procedurę postępowania habilitacyjnego, w którym zasadniczym elementem jest ocena recenzencka w modelu peer-review (trzech recenzentów oraz czterech członków komisji powoływanych przez Centralną Komisję do Spraw Stopni i Tytułów z grona samodzielnych pracowników naukowych). Dzięki temu ocena dorobku i osiągnięcia habilitanta jest dokonywana przez uznanych naukowców spoza środowiska habilitanta.

Proponowana obecnie przez MNiSW zmiana wprowadza zupełnie nowy model habilitacji „na skróty”. Przyjrzyjmy się więc temu rozwiązaniu. O ekwiwalent habilitacji może ubiegać się – niezależnie od osiągnięć naukowych – osoba posiadająca „osiągnięcia w zakresie opracowania oryginalnego rozwiązania projektowego, konstrukcyjnego, technologicznego lub artystycznego i zastosowania go w sferze gospodarczej lub społecznej”. O habilitację może też wystąpić autor „opracowania oryginalnego rozwiązania problemu o istotnym znaczeniu, trwałym charakterze i zasięgu ponadlokalnym, które zostało zastosowane w sferze społecznej”. Na tej podstawie decyzję o nadaniu habilitacji – z pominięciem jakichkolwiek recenzji, komisji i ocen – podejmuje rektor (o ile habilitant pracuje w szkole wyższej), dyrektor instytutu PAN bądź dyrektor instytutu badawczego. To zatem jedna osoba – rektor bądź dyrektor – będzie oceniać, czy osiągnięcie ma istotne znaczenie oraz czy znalazło faktycznie zastosowanie w gospodarce i społeczeństwie. Centralna Komisja nie będzie uczestniczyła aktywnie w procedurze – zgodnie z projektem obowiązkiem władz uczelni będzie wyłącznie powiadomienie Komisji o nadaniu uprawnień równych przysługującym doktorom habilitowanym. Co więcej, projekt nie przewiduje możliwości zakwestionowania decyzji rektora czy dyrektora przez CK. Trzeba też nadmienić, że rektor/dyrektor nie musi nawet zasięgać opinii senatu uczelni, rad naukowych czy jakiegokolwiek innego kolegialnego ciała uczestniczącego w zarządzaniu uczelnią/instytutem.

Warto tu również przypomnieć, że zgodnie z majową nowelizacją ustawy o instytutach badawczych, ministrowie mają faktycznie nieograniczone prawo wyboru i odwoływania dyrektorów takich instytutów. Wszystko to otwiera drogę do pozamerytorycznego decydowania o kształcie polskiej nauki: wybierani przez ministrów dyrektorzy będą uznaniowo nadawać „uprawnienia równoważne z habilitacją” na podstawie nieostro sformułowanych kryteriów ustawowych, z pominięciem jakiegokolwiek systemu recenzji i Centralnej Komisji ds. Stopni i Tytułów. Rola Centralnej Komisji ograniczy się zresztą do kancelarii notarialnej zatwierdzającej kolejne habilitacyjne decyzje dyrektorów i rektorów – nie muszą oni informować Centralnej Komisji o tematyce „oryginalnego rozwiązania”, wystarczy że podadzą imię, nazwisko i nazwę jednostki, w której owo pseudo-postępowanie zostało przeprowadzone.

Uczelnie, potrzebujące określonej liczby samodzielnych pracowników naukowych do uzyskania akredytacji dla prowadzonych kierunków kształcenia, będą sobie mogły dowolną liczbę takich samodzielnych pracowników „wyprodukować”. Bez problemu można przecież uznać stworzony przez kogoś program komputerowy czy patent za „zastosowanie w sferze gospodarczej lub społecznej”, nawet jeśli z rozwiązania tego nikt nie skorzystał. W naukach społecznych i humanistycznych otworzy to drogę do habilitacji osobom, które zaniedbując rozwój naukowy, poświęcały się prowadzeniu własnych przedsiębiorstw bądź różnorakim formom doradztwa. Po uzyskaniu takiego „uprawnienia równoważnego uprawnieniom wynikającym z posiadania stopnia doktora habilitowanego” naukowiec będzie mógł nie tylko opiekować się doktorantami, lecz również recenzować doktoraty i habilitacje tworzone w standardowym naukowym systemie peer-review – o ile tylko ktokolwiek na taką trudniejszą ścieżkę się jeszcze zdecyduje.

Jak słusznie zauważył jakiś czas temu prof. Jerzy Brzeziński, habilitacja jest dziś w Polsce rodzajem „wysokiego zamku”, broniącego wysokich standardów naukowych w czasach, gdy tytuł magistra i stopień doktora uległy daleko idącej dewaluacji. Jeśli proponowane przez MNiSW zmiany w ustawie wejdą w życie, ów „wysoki zamek” runie. Można obawiać się, że w ciągu kilku najbliższych lat polski rynek akademicki zostanie zalany nieograniczoną liczbą samodzielnych pracowników naukowych – a osoby pozbawione dorobku naukowego będą miały pełne prawa do oceny dorobku innych (w przewodach doktorskich i habilitacyjnych) i wkrótce będą stanowić trzon kadry kolejnych kierunków kształcenia na polskich uczelniach. Mieliśmy „marcowych docentów”, czy chcemy mieć teraz „wdrożeniowych docentów”?

Obywatele Nauki od lat podkreślali projakościową rolę procedury habilitacyjnej, potwierdzającą wysokie kompetencje naukowe. W Pakcie dla Nauki postulowaliśmy utrzymanie habilitacji, ale w połączeniu z  podniesieniem wymogów, jakie spełnić musi habilitant. Habilitacja docelowo miałaby się stać prawdziwym certyfikatem doskonałości naukowej. Obecny projekt Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego idzie w zupełnie innym kierunku: umożliwia czysto uznaniowe „habilitowanie” przez rektorów i politycznie nominowanych dyrektorów oraz grozi niekontrolowaną inflacją stopni naukowych. W tym sensie uderza on w Humboldtiański model uczelni, który od dwóch stuleci stanowił gwarancję poziomu naukowego w naszej części świata. Stoi także w sprzeczności z powtarzanymi przez Ministerstwo hasłami zmian projakościowych i doskonałości naukowej.

 

Michał Bilewicz

Aneta Pieniądz

.

 

Contact Us

We're not around right now. But you can send us an email and we'll get back to you, asap.